Van Turcja. Erasmus z nutą szaleństwa

Lotnisko nie wyglądało imponująco. Rozmiarami mogło co najwyżej konkurować z dworcem kolejowym w Koluszkach. Tylko otoczenie miało ładniejsze – wysokie szczyty gór pokryte śniegiem. Wszystko wskazywało, że znaleźliśmy się gdzieś na krańcu cywilizacji.

Przed budynkiem lotniska miał ktoś czekać, jednak nikogo tam nie było. Telefon do organizatora nie rozwiązał problemu. Mieliśmy szukać „purple bus”, tylko jak okiem sięgnąć, żaden pojazd w najmniejszym stopniu nie przypominał autobusu, nie wspominając o kolorze purpurowym.

– Słuchaj, przecież to jest mężczyzna, więc ten autobus wcale nie musi być purpurowy, może nawet nie mieć nic wspólnego z purpurą

Van Turcja
Van Kalesi

Van Turcja – taksówka jest zbyt pospolita

Krysia przyznała mi rację i poszła porozmawiać z mężczyznami stojącymi przy aucie, którego kolor przy dużej dozie wyobraźni można było skojarzyć z purpurą. Mężczyźni znali ze trzy słowa po angielsku, ale mieli na podorędziu smartfony i potrafili korzystać z google translator. Rozmowa nie toczyła się płynnie, lecz została zadzierzgnięta nić porozumienia.

flaga turecka
Jesteśmy w Turcji

Wydawało się, że panowie są skłonni zawieźć nas do miasta, ale kazali czekać. Najpierw 10 minut, potem kolejne 15. Gdy minęło pół godziny, a my nadal tkwiliśmy przed budynkiem lotniska, trochę zniecierpliwiony zapytałem Bognę:

– Czemu nie weźmiemy po prostu taksówki, tylko stoimy na mrozie czekając tak naprawdę nie wiadomo na co?

– Taksówka jest zbyt pospolita – odparła bez wahania – Wiesz ilu ciekawych ludzi możesz poznać, jakie fajne przygody przeżyć, prosząc miejscowych o pomoc?!

Nie miałem pojęcia i prawdę mówiąc nie pragnąłem się dowiedzieć. Dla mnie wystarczającą przygodą było wybranie się razem z Bogną i Krystyną gdzieś na wschodnie rubieże Turcji. Mój racjonalny i pełen obaw umysł buntował się przeciwko takiemu podejściu do rzeczywistości, jednak po ponad 20 godzinach podróży zdążyłem się już przyzwyczaić, że brak przygód w tym towarzystwie jest wyjątkiem, a nie regułą. Zaczęło się już poprzedniego wieczora, gdy wylądowaliśmy w Stambule…

Istambul
Stambuł

W poszukiwaniu noclegu…

Gdy opuszczaliśmy lotnisko Attaturka kierując się w stronę metra nic nie zapowiadało, że to nie będzie zwykła przejażdżka po stolicy. Bogna uzbrojona w kartki ze szczegółowymi instrukcjami jak i czym dotrzeć do hostelu, sprawiała wrażenie osoby rozważnej i przezornej.

Pierwszą barierą prawie nie do przeskoczenia okazały się automaty biletowe. Nie mieliśmy pojęcia, jak z nich skorzystać, a wokół nikt nie mówił po angielsku. Udało się przez przypadek, jednak każdorazowe przekroczenie bramki przy licznych przesiadkach traktowaliśmy niczym epickie zwycięstwo. Gdy wreszcie dotarliśmy do samego centrum i stanęliśmy pomiędzy meczetami – Błękitnym i Haga Sophia, zastanawiając się, jak dalej iść, u Bogny nagle uruchomił się gen szaleństwa.

– Już wiem, gdzie jestem! – zakrzyknęła triumfalnie i popędziła hen przed siebie, ginąc gdzieś w mroku.

Gnaliśmy za nią kierując się na słuch nierównomiernym turkotem kół jej walizki. Wreszcie zatrzymała się na jakimś placyku i zdyszana oznajmiła:

– Jednak nie wiem, gdzie jestem!

Błękitny meczet (Blue Mosque)
Błękitny meczet

My też byliśmy skołowani. Goniąc Bognę zupełnie straciliśmy poczucie kierunku. Przez chwilę staliśmy bezradni w centrum obcego, ciemnego i pustego miasta. Na szczęście nie do końca pustego i na szczęście byliśmy w Turcji. A Turcy, nawet nie znając żadnego języka obcego, widząc obcokrajowca w potrzebie, zrobią wszystko, aby mu pomóc. Poproszony o wskazanie drogi człowiek, nie miał zielonego pojęcia, gdzie może znajdować się nasz hostel, lecz tak długo chodził z nami od kawiarni do kawiarni, aż wreszcie znalazł kogoś, kto wiedział i wskazał właściwy kierunek.

Gdy wreszcie tuż po północy ściskałem w ręku klucz do pokoju, czułem jak powoli opuszcza mnie stres i poczucie strachu. Natomiast moje towarzyszki podróży wydawały się ukontentowane przygodą, chociaż Bogna trochę kręciła nosem, że gdy za pierwszym razem była w Stambule, to znacznie dłużej błąkała się po mieście i to dopiero była fajna przygoda.

Zwyczajny dojazd na miejsce

Negocjacje ze spotkanymi na lotnisku w Van mężczyznami, ostatecznie nie zaowocowały przygodą. Do hotelu dotarliśmy taksówką, lecz zanim do niej wsiedliśmy, nasi rozmówcy z lotniska upewnili się, że taksówkarz wie gdzie jechać i sprawdzili, czy nas nie oszuka na kursie. Bo kierowcy płaciło się z góry. W środku nie było żadnego taksometru, nikt też nie zapinał pasów. Przepisy ruchu drogowego, za wyjątkiem czerwonych świateł, wydawały się kwestią umowną, a najważniejszym wyposażeniem auta okazywał się klakson.

Turcja policja
Obecność policji jest bardzo widoczna

Erasmus, co w nim wyjątkowego?

Szkolenia Erasmusa merytorycznie nie różnią się zbytnio od tych, w których można uczestniczyć nie ruszając się z kraju. Wyjątkowymi czyni je konieczność nieustannego porozumiewania się w języku angielskim oraz międzynarodowe towarzystwo – obecność przedstawicieli 10 nacji.

Ogromną rolę odegrało też miejsce. Na przyjazd do Van, miasta położonego gdzieś na krańcach uznawanej za niebezpieczną Turcji, decydowali się nieliczni. Trzeba było być mieć w sobie jakiś gen szaleństwa oraz posiadać naturę poszukiwacza przygód. Ten gen szaleństwa w pełnej krasie objawił się w dniu wolnym od zajęć, gdy wyruszyliśmy na zwiedzanie okolic. Autorami najbardziej szalonych pomysłów byli Hiszpanie oraz Włosi, lecz i inne nacje nie pozostawały w tyle.

bitwa na sniezki
Bitwa na śnieżki – Hiszpanie po raz pierwszy w tym roku widzą śnieg

Van Turcja – co zwiedzać

Van nie jestem małym miastem, liczy sobie ok. 400 tys. mieszkańców. Wojny i trzęsienia ziemi (ostatnie w 2008 roku) kompletnie unicestwiły zabytkową zabudowę. Jednak nie oznacza to, że w okolicy nie znajduje się nic ciekawego. Van słynie ze słonego, największego i najgłębszego tureckiego jeziora, którego otchłanie ponoć zamieszkuje legendarny potwór. Na wyspie Ahtamar znajdują się ruiny dawnej armeńskiej świątyni, a nad jeziorem górują mury twierdzy Van Kalesi, której prapoczątki sięgają starożytnego państwa Urartu. Dodatkowo Van słynie z oryginalnej rasy kotów oraz… śniadań. Jeżeli gdziekolwiek w Turcji w menu natkniecie się na śniadanie w stylu Van, otrzymacie wyjątkowo wykwintny posiłek. Przekonałem się o tym na własnym żołądku.

herbata
W Turcji nie ma posiłku bez herbaty

Pogoda i komunikacja

Oficjalne prognozy w dniu wolnym od zajęć nie zachęcały do wycieczek za miasto. Straszyły temperaturami minus 17 stopni, całkowitym zachmurzeniem oraz sypiącym nieustannie śniegiem. Nie przewidywały jednego – mojego szczęścia do ładnej pogody. Zamiast chmur, śniegu i tęgiego mrozu świeciło słońce, a temperatura powietrza, jak na zimę, była wręcz idealna. Mogliśmy zobaczyć wszystko, czym szczyci się Van, jedynie wyspa Ahtamar pozostawała poza naszymi możliwościami czasowymi.

Jezioro Van
Jezioro Van

Podstawą miejscowej komunikacji są niewielkie busiki pomalowane na jaskrawo żółty kolor. Miejscowi wiedzą gdzie znajdują się przystanki, chociaż oficjalnego oznakowania, poza nielicznymi miejscami, nie dostrzegłem. W godzinach szczytu busy nawet nie zatrzymują się na przystankach, ba nawet nie zjeżdżają na pas jezdni przy chodniku. Jedynie zwalniają, otwierają drzwi, a pomocnik kierowcy głośno woła, w jakim kierunku zmierza autobus. Jeżeli są chętni na podróż, to przebiegają przez jezdnię, zręcznie lawirując między autami. A trzeba pamiętać, że w Turcji pieszy nie ma żadnych praw, nikt nie przepuści matki z małymi dziećmi, czy niedołężnego staruszka. Jeżeli kierowca na coś naciśnie, to na pewno nie będzie to hamulec, tylko klakson.

żółty autobus
Żółty autobus

Pomocnik kierowcy pełni też ważną funkcję zbieracza pieniędzy za przejazd, a gdy ulice się zakorkują i autobus zamiast jechać, pełznie przez miasto, wyskoczy rozmienić grubszy banknot, zrobi zakupy, czy utnie sobie pogawędkę z kolegą, którego dostrzeże gdzie na chodniku.

Kot turecki van (Van Kedisi)

Turecki van to naturalna rasa kotów, które żyjąc nad jeziorem nauczyły się nie tylko pływać, ale nawet nurkować i łowić ryby. Jego sierść nie do końca przepuszcza wodę i szybko schnie. Pomiędzy palcami posiadają fałd skórny przypominający błonę pławną. Klasyczny turecki van ma futro białe, dwie cimne plamki na głowie, ciemny lub pręgowany ogon oraz różnokolorowe oczy – jedno niebieskie, drugie bursztynowe.

Więcej informacji o kotach i Van znajdziecie na blogu Tambylskich

turecki van
Kot – turecki van

Szalona wycieczka

Wyruszyliśmy całą grupą zaraz po śniadaniu. Gen szaleństwa ujawniał się stopniowo, w miarę upływu czasu. Zaczęło się niewinnie, od chóralnego odśpiewania w autobusie „Yellow submarine”. W kolejnym, dziewczyny wciągnęły niemal wszystkich pasażerów w akcję tłumaczenie słów angielskich na turecki i kurdyjski. A potem, mimo nieziemskiego tłoku, zatańczyły macarenę. Naturalna radość i spontaniczność zjednywały miejscowych na tyle, że gdy wyruszaliśmy na zwiedzanie ostatniego miejsca, jakie mieliśmy w planie, czyli zamku, towarzyszyły nam dwie, do niedawna jeszcze obce, tureckie, a może kurdyjskie studentki.

Van Kalesi
Van Kalesi

Od przystanku autobusowego do wejścia na zamek wiedzie mało uczęszczana szosa. W pewnym momencie zatrzymał się przy nas samochód dostawczy. Po krótkiej rozmowie wszyscy siedzieli już na kipie vana. Podróż trwała krótko lecz pożegnanie z kierowcami długo. Uściski, selfie, zapewnienia o wdzięczności wyrażane w trzech językach. Wreszcie oni mogli odjechać, a my zacząć wspinaczkę na szczyt twierdzy.

Słońce chyliło się już ku zachodowi, a na górę prowadziła zaśnieżona i śliska ścieżka. Szliśmy powoli, a we mnie narastał niepokój, czy uda nam się wrócić na czas tak, aby zdążyć na ostatni autobus. Podzieliłem się swoimi obawami z resztą grupy, na co z rozbrajającym uśmiechem odpowiedziała Maria Paola:

– Hegemonie, ty się niczym nie przejmuj, my już mamy zapewniony transport do hotelu

Tu wskazała dwóch młodych Turków, tych samych, z którymi tak burzliwie pożegnaliśmy się jakiś czas temu.

zamek van
Zachód słońca na zamkiem Van

Powrót vanem do Van

W Turcji nie wolno przewozić ludzi na kipie samochodu dostawczego, lecz, jak już wspominałem, przepisy są bardziej sugestią, niż restrykcyjnie przestrzeganym prawem. Ważne, aby zbytnio nie rzucać się w oczy policji. I z tym był kłopot. Zbliżał się wieczór, czyli pora kiedy Hiszpanie i Włosi zaczynają się bawić. Stłumienie tej naturalnej chęci zajęło trochę czasu, ale w końcu udało się przekonać dziewczęta, że chóralne śpiewy i tańczenie macareny podczas przejazdu przez miasto, nie są najlepszym pomysłem.

van
Powrót vanem do Van

Przed hotelem zatrzymaliśmy się u wylotu wąskiej uliczki. Zanim rozstaliśmy się z kierowcami, nastąpił typowy koncert pożegnalny – selfie, uściski oraz wykrzykiwanie podziękowań w trzech językach. Nikt nie przejmował się faktem, że van zablokował ulicę i ustawiła się za nim ustawiła długa kolejka aut, których kierowcy sygnalizowali swoje niezadowolenie coraz gwałtowniej używając klaksonów.

Erasmus
gen szaleństwa

Ludzie, którzy chcą pomóc

Niewielu Europejczyków pojawia się w Van, więc budziliśmy życzliwe zainteresowanie. Gdy wychodziłem na miasto ludzie sami prosili, aby robić im zdjęcia, nikt nie miał pretensji o to, że fotografuję. Tysiące razy musiałem odpowiadać na pytania zupełnie obcych ludzi, jak się nazywam i skąd przyjechałem. Na tym zazwyczaj wyczerpywał się zasób angielskich słów moich rozmówców, chociaż przy odpowiedniej gestykulacji, mogliśmy przeprowadzić nawet i 20 minutową pogawędkę. Co ciekawe ze sprzedawcami w Stambule łatwiej mi było porozumieć się po polsku niż po angielsku.

Sprzedawca ryb w Van
Sprzedawca ryb w Van

Wśród Turków budziliśmy nie tylko zainteresowanie, ale też nadzwyczajną chęć niesienia pomocy. Ostatniego wieczoru wyszedłem z Bogną i Krystyną na miasto, aby zjeść obiad. Nie było łatwo znaleźć knajpę, która będzie przyjazna dwóm wegankom. Jednak właściciel lokalu, do którego weszliśmy w pierwszej kolejności, nie rozłożył rąk w bezradnym geście, gdy przeczytał karteczkę, na której było napisane po turecku, czego nie mogą spożywać towarzyszące mi kobiety. Bez chwili namysłu kazał nam iść za sobą. Tak dotarliśmy do baru położonego dwie przecznice dalej, a nasz samozwańczy przewodnik nie wrócił do siebie, póki nie upewnił się, że jedzenie, które postawiono przed nami na stole jest tym, czego oczekiwaliśmy.

Podobne sytuacje powtarzały się wielokrotnie. Śpiesząc się na lotnisko, czekaliśmy na autobus nie w tym miejscu, w którym trzeba. Jeden z miejscowych, gdy tylko zorientował się w sytuacji, zaprowadził nas na właściwy przystanek i poczekał, aż bezpiecznie ulokujemy się w autobusie. W Stambule, gdy toczyliśmy nierówną i z góry skazaną na porażkę walkę z automatami biletowymi, ktoś po prostu z własnej kieszeni zapłacił za nasz przejazd.

Podsumowanie z morałem

Każda opowieść powinna kończyć się stosownym morałem. Mam nadzieję, że mój nie wyda się zbyt górnolotny. Dzięki podróży do Van odkryłem nie tylko piękny kawałek zupełnie nieznanego mi kraju, uczestniczyłem w niesamowitej przygodzie, ale też przekonałem się, że brak pieniędzy niekoniecznie musi skutkować ograniczeniami.

Od kilku lat pracuję jako freelancer. Moje dochody w porównaniu z pracą etatową spadły znacząco. Wydawałoby się, że człowiek, któremu z ledwości starcza na życie, nie powinien podróżować, bo za co? Jednak zacząłem dostrzegać okazje, o których nawet bym nie pomyślał, gdybym nadal pracował w korporacji. Nie pojechałbym na Erasmusa, co najwyżej na wycieczkę z biura podróży, która nigdy nie zaprowadziłaby mnie w takie miejsca, jakim jest Van. Nie wspominając o poznawaniu ludzi – zarówno miejscowych, jak i uczestników szkolenia.

Van Turcja
Widok na Van z zamku

Na własnej skórze przekonałem się, że człowiek postawiony pod ścianą, jeżeli tylko zechce i przestanie się nad sobą nadmiernie użalać, znajdzie wiele okazji, których nigdy by nie dostrzegł żyjąc w świecie ustabilizowanych i przewidywalnych etatów.

Jeżeli ktoś z was był kiedyś na Erasmusie, zachęcam do podzielenia się doświadczeniem

 

Dodaj komentarz

52 komentarzy do "Van Turcja. Erasmus z nutą szaleństwa"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Jaga
Gość

Turcja jest super – byle nie w lecie. Zauroczyła mnie tak jak opowieści o Mustafie Kemalu Atatürk-pewnie gdyby nie on nie było by tam czytających i piszących

Maciej
Gość
Na Erasmusa to za stary jestem, ale przygody ciekawe. Choć z nimi to jest tak że jak się je akurat przeżywa to wcale nie cieszą, człowiek ma w mózgu lawinę najmakabryczniejszych wizji (te zaczerpnięte z seansów takich filmów jak Hostel – to zaledwie środek stawki) i dominuje jedna myśl po japońsku „na cha mi tahata?!”. Dopiero po czasie człek się z tego śmieje (znaczy nie znamy relacji tych którzy już się nie śmieją). Tak było gdy w Trondheim trafiliśmy dokładnie na strajk komunikacji, a w Wiedniu na powrocie (już zero szmalu na kontach i w kieszeniach) okazało się że godzina,… Czytaj więcej »
boja
Gość

Nie wiedziałem, że w Turcji taka swojska pogoda bywa!

jotka
Gość

Okazuje się, że warto pielęgnować ten gen szaleństwa, bo czasami sie przydaje. Fotki piękne i jak mówisz pogoda dopisała. Egzotyka Turcji była jak wisienka na torcie w tym wyjeździe.
Jesteś otwarty gość, więc i tam sobie poradziłeś świetnie 😉

chomikowa
Gość

No mówiłam, że Turcja jest bardzo fajna 🙂 I ci uśmiechnięci i pomocni ludzie… 🙂
Cieszę się, że tam dotarłeś i życzę Ci, żebyś tam wrócił, bo widziałeś tylko maleńką część tego pięknego kraju 🙂
No i te przygody….. 🙂

wojtek
Gość
Byłem w Turcji tylko raz, ale mam podobne doświadczenia. Najbardziej zapadł mi w pamięć pewien fryzjer, który codziennie przez dwa tygodnie proponował mi golenie brzytwą. Pierwszego dnia cena usługi wynosiła kilka euro, by pod koniec pobytu spaść do … zera. Kusiło mnie strasznie, by pierwszy raz w życiu zasiąść w fotelu golibrody, ale … ta brzytwa na szyi, skutecznie mnie blokowała:) Podobał mi się również system busików. W moim miasteczku zatrzymywały się co prawda na przystankach, ale wszędzie indziej również. Wystarczyło podnieść rękę i busik stawał. Nawet jeżeli było to 5 metrów od wspomnianego przystanku . Kłopot zaczynał się dopiero… Czytaj więcej »
Renata
Gość

Jak zwykle czytało się Twój wpis z lekkością ale zarazem z masą wyobrażeń.
Pozdrawiam.

IWONA
Gość
W Turcji bywam z racji obowiązków służbowych. To pozwala wejść głębiej w świat tych ludzi. Od razu wiadomo, czy nadajesz na tych samych falach. Turcy są gościnni i uczynni, przynajmniej ci, których poznałam, ale to zupełnie inna mentalność. Ludzie tam są bardzo różni, w dużej mierze, w zależności od tego, której opcji politycznej hołdują. Turcja – to ciekawy kraj, bo dla nas nieco egzotyczny, a więc barwny. Z punktu widzenia kobiety, nie jest tam już jednak tak kolorowo. Nie wszyscy mężczyźni podadzą rękę na powitanie i nie wszyscy zjedzą z kobietą posiłek przy wspólnym stole. Podczas wielu kontaktów służbowych tylko… Czytaj więcej »
Ewa
Gość

Coś mi to przypomina. Te busiki, ruch uliczny, chęć pomocy… Zupełnie jak w Indonezji. Tylko klimat nie ten

Ultra
Gość

Świetny reportaż z Turcji. Przeciętni Turcy są sympatyczni i pomogą w potrzebie. A jedzenie i słodkości wspominam do dziś.
Serdeczności

linka
Gość

Jesteś pierwszą osobą, o której słyszę, że ma moc przywoływania ładnej pogody 😀 Zawsze tylko wszyscy narzekają, że jak zaczyna im się urlop, czy weekend to następuje klimatyczny armagedon. Od zawsze wiedziałam, że finanse nie są jedynym wyznacznikiem udanego podróżowania. Wszystko zależy od umiejętności organizacyjnych uczestników, albo po prostu spontana. Dobrze, że miałeś takie towarzystwo, które choć trochę wyzwoliło Cię z okowów racjonalizmu 😉

consek
Gość

Kolejny, który wyrwał się ze szponów korporacji i jest szczęśliwy, choć nie bogaty. Hegemonie, szczerze podziwiam.

Agnieszka
Gość

Wiesz co, nigdy nie widziałam jeszcze zdjęć ze śnieżnej Turcji. Niesamowicie to wygląda! Sama nie byłam nigdy na Erasmusie i zawsze mi się wydawało, że już mi się nie trafi. W dodatku niedawno zaczęliśmy we dwójkę pracować na etacie i teraz nasze życie obróciło się całkowicie do góry nogami. Wszystko jest inaczej. A ile czasu mamy mało… 🙂

agnieszka wieczorek
Gość

Nigdy nie byłam w Turcji. Pierwsze zdjęcie Jeziora Van i gór w tle po prostu mnie powaliło. Uwielbiam takie widoki, aż serce rośnie 🙂

Clara
Gość

Luuubię Twoje opowieści I pomyśleć, że martwiłeś się iż nie będziecie mieli czym wrócić. Fajnie, że poznałeś wielu ciekawych ludzi. :)))

parrafraza
Gość

Najwspanialsze zwiedzanie to takie całkowicie poza biurem podróży 😉 Turcja w Twoich opowieściach egzotyczna, zachwycająca. Wspaniale się czyta 🙂

frytka
Gość

moje dzieciątko (18 lat) jedzie w maju na szkolnego Erasmusa, na miesiąc, nie tak egzotycznego, bo tylko do Niemiec (chociaż biorąc pod uwagę ilość „nabytych” mieszkańców, to….), ale ja i tak przeżywam, jak ono sobie tam poradzi tyle, że nie z odnalezieniem się w nowym otoczeniu, ale….. z praniem????? :)))))))))))

Marta
Gość

Zawsze gdy Ciebie czytam wydaje mi się,że jestem w tym miejscu które opisujesz 😉 Super przygoda i morał mi się podoba.Mój portfel też specjalnie gruby nie jest a jakoś podróżuje 😉 choćby polskim busem hihi.Ale chciałabym moc przeżywać takie wycieczki jak ta 😉 Wszystko możliwe widzę 😉

Matka na Szczycie
Gość

Och, a ja bym bardzo chciała Turcję odwiedzić, ale się boję, zbyt niespokojnie obecnie na świecie :/

elzbieta
Gość

Przeczytałam z uwagą Twój tekst Hegemonie. Jak zawsze interesujący.

Przyjmij proszę Hegemonie najserdeczniejsze życzenia świąteczne.

Elżbieta

oto ja
Gość

Dzięki za sympatyczną wycieczkę do Turcji, którą miałam poznawałam z punktu widzenia hotelowej turystki. Nie miałam okazji poszwędać się tu i ówdzie, by odkryć różne ciekawe miejsca (mój gen szaleństwa i poszukiwań wyraźnie uaktywnia się w innym miejscu świata). Mój kontakt z Turkami raczej pozytywny – uważam, że są sympatyczni i chętni do pomocy. A u Ciebie na blogu – jak zazwyczaj „opowieści niesamowite”
Pozdrawiam 😉

Dorota
Gość
W Turcji jestem zakochana … chyba z wzajemnością byłam tam kilka razy. A w Stambule warto się zgubić , bo wtedy można posmakować miasta. Uwielbiam gościnność i chęć niesienia pomocy „obcemu”. W Stambule nie miałam kłopotu z dogadaniem się, jak nie angielski, to rosyjski, albo międzynarodowy język migowy. Co do biletów/karty miejskiej w Stambule, to jeśli kiedyś będziesz ponownie w Stambule i będziesz lądował na lotnisku Ataurka, to należy dotrzeć do stacji metra, które jest połączone z halą przylotów i tam należy kupić w kiosku (dobrze oznaczony) kartonik karty miejskiej. Potem w dowolnym biletomacie można doładować taką kartę wrzucając bilon,… Czytaj więcej »
wpDiscuz