Straszna Staruszka 2

Straszną Staruszkę widziałem jeszcze wielokrotnie. Raz w autobusie, którym jechałem na dworzec, częściej w pociągu, gdy przemierzała korytarz. Miała taki dziwny zwyczaj, że w połowie trasy, gdzieś koło Skierniewic, zmieniała przedział. Przemierzała kilkakrotnie korytarz zaglądając niemalże do wszystkich przedziałów. Na szczęście w ciągu dwóch miesięcy jakie minęły od poprzednich wydarzeń, tylko raz weszła do mojego przedziału.

Jechałem „Łodzianinem”, który między Łodzią i Warszawą nie zatrzymuje się na stacjach pośrednich. W przedziale były tylko cztery osoby, każdy wtulony w swój własny kąt – zapowiadały się wręcz luksusowe warunki podróży. Do czasu. Drzwi otworzyły się z impetem i stanęła w nich Straszna Staruszka we własnej osobie.

–  Wolne tu?! – zapytała pretensją w głosie.

–  Tak… – odpowiedział nieśmiało młody człowiek siedzący najbliżej wejścia.

Straszna Staruszka właśnie obok niego postanowiła usiąść. Już prawie lokowała tam swój tyłek, gdy nagle wyprostowała się i warknęła:

–  Ale pan siedzi na dwóch miejscach!

Młody człowiek spojrzał na nią nic nie rozumiejącym spojrzeniem. Staruszka przeniosła się na drugą stronę, niebezpiecznie blisko mnie. Jej ofiarą stała się młoda dziewczyna.

–  Niech pani zabierze torebkę!

Polecenie zostało wykonane.

–  Niech pani dalej zabierze tę torebkę! Ja się tu nie zmieszczę!

Dziewczyna wciska torebkę z drugiej strony obok siebie. Nie zadawala tym Strasznej Staruszki.

–  Niech pani sobie tę torebkę na kolana weźmie, albo wstawi na górę! – komenderuje.

–  Jak się pani naprawdę nie zmieści, to ją przełożę – obiecuje dziewczyna wciskając się całą sobą w najdalszy kąt.

Straszna Staruszka rozsiada się na miejscu, wyciąga papiery. Co chwila smarka donośnie i kaszle. Dzięki chorobie Straszna Staruszka wydaje się jeszcze bardziej upiorna. Mam nadzieję, że do Warszawy będzie spokój, ale Straszna Staruszka nie byłaby sobą, gdyby wytrzymała w milczeniu całą podróż.

–  Czy mogła by pani siedzieć na swoim miejscu! – mówi podniesionym tonem, przy okazji budząc pasażerów.

–  Przecież siedzę – odpowiada młoda dziewczyna.

–  Nie, nie siedzi pani, zajmuje pani moją część!

–  Wcale nie!

–  Właśnie, że tak! Wciska się pani swoim tyłkiem na moją część, proszę się posunąć!

–  Niech nie będzie pani taka chamska! – nie wytrzymuje dziewczyna

–  Ja jestem chamska?! To ja rozpycham się tyłkiem na cudzym miejscu?! Ja!? To pani jest chamska!

Tu podnosi się gwałtownie i… niestety nie wychodzi z przedziału, tylko usadawia obok młodego człowieka, mrucząc pod nosem coś o pazurach, którymi niektórzy młodzi rozpychają się po świecie. Potem już tylko smarkała, kaszlała i zamykała drzwi na korytarz tak ściśle, jak to tylko było możliwe.

EPILOG

Nawet najstraszniejsi ludzie potrafią się czasami przyzwoicie zachować. Któregoś poranka czekam na pociąg w Łodzi. Na peronie tłok, ciężko będzie znaleźć dobre miejsce. Z poczekalni wychodzi niewidoma kobieta. Nie da się jej nie zauważyć, jednak wszyscy, łącznie ze mną ignorują fakt, że niewidoma sama nie wejdzie do pociągu, nikt nie kwapi się z pomocą. Wtedy na scenę, a właściwie na peron wkracza Straszna Staruszka

–  Tyle ludzi, a każdy udaje, że nie dostrzega osoby niewidomej, świat schodzi na psy! – mówi głośno Straszna Staruszka i pomaga kobiecie w dostaniu się do pociągu.

Jest mi autentycznie wstyd za siebie, Straszna Staruszka tym razem miała rację i honor.

Straszna staruszka – spotkanie pierwsze

Oprócz klasycznych rodzajów pasażerów, zdarzają się wyjątki. Zazwyczaj są to osoby, których drugi raz bym nie chciał spotkać. Jednak wracają one, jak zły sen.

Straszna Staruszka pojawiła się po raz pierwszy po miesiącu jeżdżenia pociągiem do pracy w Warszawie. Siadła obok Ryśka, na pierwszy rzut oka nie wyglądała groźnie. Prawie natychmiast zapadła w sen od czasu do czasu grawitując w kierunku ramienia mojego kolegi. Wszakże spała bardzo czujnie, ledwie tylko zaczynaliśmy jakąś rozmowę, zawsze mogliśmy liczyć na jej komentarz.

Między Żyrardowem a Skierniewicami pociąg porusza się niespecjalnie żwawo. Co chwila zwalnia lub przystaje. Niby się rozpędzi, ale zaraz hamuje. W takich chwilach można spokojnie delektować się krajobrazem, a nawet zbierać grzyby. Niektórym jednak ta powolność działa na nerwy, zaczynają się niecierpliwić, wyglądać przez okna, jakby to miało jakikolwiek wpływ na cokolwiek. Przy drugim lub trzecim postoju nie wytrzymał Rysiek. Wstał, otworzył okno i wpatruje się w lokomotywę. Ta stoi, jak stała. Natomiast Staruszka wręcz przeciwnie, zaczyna się coraz gwałtowniej wiercić. Gdy mowa ciała nie przynosi pożądanych efektów, przechodzi do werbalnych komentarzy, początkowo rzucanych w przestrzeń:

– Ależ tu ziąb straszliwy!

Kaszle znacząco.

–  Dwa okna otwarte i na korytarzu i w przedziale, przeciąg się robi!

Kaszle ponownie, tym razem głośniej i dłużej, ale Rysiek jest twardy. Gapi się na lokomotywę, jakby go zaczarowała.

–   Może by pan zamknął okno!

–   Czy może pan zamknąć okno, przeziębiona jestem i mogę się zapalenia płuc nabawić! – teraz już prawie krzyczy.

Rysiek powoli i majestatycznie odrywa wzrok od lokomotywy, patrzy się trochę nieprzytomnie po przedziale, potem niespiesznie zamyka okno. Całym sobą manifestuje, że postępuje tak, bo chce, a nie dlatego, że mu ktoś każe. Po fakcie się tłumaczył, że jak wystawił głowę za okno, to nic nie słyszał i myślał, że kobieta po prostu przyjacielsko sobie ze mną gawędzi.

Pociąg rusza, w przedziale robi się duszno, ale z obawy przed starszą panią okna nikt nie otworzy. Wreszcie Skierniewice. Wagon pustoszeje. W przedziale zostaje nas dwóch oraz… staruszka. Siedzi nadal przyklejona do Ryśka, jakby kto ją butaprenem posmarował. Rysiek patrzy się na nią raz, drugi, wreszcie przesiada się dość demonstracyjnie na inne siedzenie.

–   Jak pan chce, to ja się siądę bliżej drzwi. Może pan chce z kolegą porozmawiać!

–   Nie, nie, ja z nim mam aż za dużo okazji do pogadania! – strzela focha Rysiek.

Pani wstaje i przeciąga się.

–   Poszukam sobie miejsca w innym przedziale, może będzie luźniej, to się położę!

Mamrocząc coś pod nosem wychodzi. Rysiek rzuca się do okna i otwiera je z głośnym westchnieniem ulgi. Dosłownie w tej samej sekundzie, jak zaczarowana staje w drzwiach staruszka:

–   Jednak tu jest najlepiej!

–   Ale tu jest zimno, bardzo zimno, tu jest dla pani niedobrze! – Rysiek mówi naprawdę od serca

Kobieta się wycofuje. Jednak nie jest to koniec historii Strasznej Staruszki, sądzę, że wzorem byłego gubernatora Kalifornii, opuszczając nasz przedział wymamrotała pod nosem:

I’ll be back!

Podróżowanie nie jest czynnością towarzyską…

Podróżowanie koleją nie jest czynnością towarzyską. W pewnym sensie przypomina jazdę windą, gdzie kilka obcych sobie osób zamkniętych na niewielkiej przestrzeni, zazwyczaj doskonale ignoruje obecność pozostałych ludzi i ogranicza kontakt do absolutnie niezbędnych gestów i słów. Tylko, że windą jedzie się kilka, kilkanaście minut, pociągiem na mojej trasie dwie godziny. Zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku, zazwyczaj nie pamiętam z kim jechałem.

Najtrudniej zapamiętać twarze najmniej uciążliwych towarzyszy podróży. Większość z nich z miejsca zasypia. Wtulają się w płaszcz czy oparcie fotela i odpływają. Druga grupa to laptopiarze. Też niegroźni. Otwierają przenośny komputer i przez całą drogę pracują. Zdarzają się też, ale niezmiernie rzadko, miłośnicy książek. Nie mają łatwo, ponieważ są praktycznie skazani na czytanie w ciemnościach. Śpiący, wykorzystując przewagę liczebną, nie zgadzają się na zapalenie górnego światła w nocy, czy odsłonięcie firanek w dzień.

Zdecydowanie lepiej zapamiętuję tych uciążliwych. Są to osoby na przeróżne sposoby zrośnięte z telefonem komórkowym. Przeważnie nie potrafią korzystać z tego urządzenia w sposób dyskretny i zupełnie nie przeszkadza im audytorium złożone z obcych ludzi. Kobiety zazwyczaj prowadzą głośne rozmowy, mężczyźni grają. Jedno i drugie jest równie upierdliwe.

Gracz testuje swoją komórkę, bo akurat dostał nową i w czasie drogi musi sprawdzić wszystkie dostępne funkcje, zwłaszcza dźwiękowe. Jeżeli już dostatecznie nacieszył się poznawaniem możliwości komórki, zaczyna grać w swoją ulubioną grę. Przedział zalewa wtedy fala pisków, melodyjek, chrobotania, łomotania. Można się poczuć jak w centrum kosmicznym, które próbuje nawiązać kontakt z obcą cywilizacją. Na szczęście prawie zawsze znajdzie się inny, asertywny pasażer, który mniej lub bardziej grzecznie poprosi delikwenta o wyłączenie dźwięku.

Kobiety lubią głośno rozmawiać, nawet wtedy, gdy relacjonują koleżance intymne wydarzenia z ostatniego weekendu. Sprawozdanie jest doskonale słyszalne w czterech sąsiednich przedziałach.

–         Kaśka, wiesz, o mało co, a wyszłabym za mąż!

–         No co ty, nie zalewam, taki jeden się do mnie wczoraj na imprezie przyczepił, prawie się oświadczył.

–         Nie młody był, w pewnym momencie powiedziałam mu, że jakbym się dobrze postarała, to mogłabym być jego matką!

–         Ej, wcale taka stara nie jestem, to on był młody. Ale się do mnie przykleił, mówię ci…

Następnie dziewczę przez kolejne 15 minut barwnie i szczegółowo opisuje, co ów młodzian chciał z nią zrobić. Miny mimowolnych słuchaczy-pasażerów bezcenne!

Głośne rozmowy telefoniczne uwielbiają też kobiety typu bizneswomen. Przekształcają one przedział w biuro. Wsiadają, wyjmują papiery i kolejno załatwiają rozmowy służbowe.  Często są to sprawy, które nie powinny być słyszane przez osoby postronne – kwestie finansowe, personalne czy prawne. Raz trafiła się rekordzistka, która jeszcze nie weszła do przedziału, a już rozmawiała. Przerwała tę czynność tylko na moment, gdy pociąg wjechał do tunelu i straciła zasięg. Pełen mój podziw wzbudziła, gdy okazało się, że potrafi założyć płaszcz, czapkę i rękawiczki oraz pozbierać wszystkie swoje szpargały z siedzenia, podłogi oraz górnych półek, bez odrywania telefonu od ucha!

Zrośnięci z komórką są uciążliwi, ale prawdziwe przerażenie budzi dopiero pojawienie się Obleśnego Dziadunia lub Strasznej Staruszki. O tym w kolejnym poście.

Wyjazd integracyjny z PKP

Zima chyba już minęła, a ja wracam do jej początków. Zawsze mnie fascynowało dlaczego ludzie w miejscach publicznych, takich jak winda, komunikacja miejska, pociągi zachowują się tak, jakby nikogo nie było. Nie patrzą się na innych, zamykają się w swoim świecie. Pisałem o tym w „Jeźdźcach bez głowy„. Nie ma integracji – jesteśmy razem, ale osobno. Czasami jednak nieprzewidywane wydarzenia zmieniają na krótko ten stan rzeczy…

Po jakimś czasie podróżowania tą samą trasą w życie wkrada się rutyna. Na szczęście funkcjonowanie PKP oparte jest w dużej mierze na przypadku i farcie, a nie solidnym planowaniu. Ostatnia zima (2011/12) zaczęła się wyjątkowo późno. Jeszcze w grudniu śniegu nie padał, a temperatury praktycznie nie spadały poniżej zera. Dlatego, gdy wreszcie doczekaliśmy się ujemnych temperatur, kolej postanowiła już pierwszego dnia pokazać na co ją stać. W poprzedzający wydarzenia wieczór zerwana została trakcja na jednym z torów prowadzących z Łodzi do Warszawy, a następnego ranka ktoś postanowił zakończyć życie pod kołami lokomotywy jadącej po drugim i ostatnim czynnym torze. W ciągu dnia popsuły się pociągi zmierzające do stolicy ze wschodu. I tak Warszawa, bez żadnej wojny, tsunami, powodzi, suszy czy innej realnej klęski została odcięta od świata. Bin Laden, gdyby żył, mógłby się uczyć, jak niewielkimi środkami sparaliżować stolicę sporego, europejskiego państwa! Z opóźnieniami na wszystkich trasach PKP poradziło sobie dopiero późnym wieczorem.

Jeszcze nieświadomi tego, co nas czeka, jechaliśmy, jak zwykle do pracy. Pociąg minął Skierniewice i zatrzymał się dopiero przed Żyrardowem. Standard, zawsze się gdzieś zatrzymuje, podobno remontują tory i tak musi być. Gdy postój przedłużał się, obudził się Rysiek (razem dojeżdżamy do firmy). Wyjrzał przez okno i stwierdził radośnie:

–         Widzisz, kolej dba o nasze samopoczucie. Jedziesz, śpisz, nie patrzysz nawet na mijane krajobrazy. A tu proszę, pociąg staje, a ty bezwiednie wyglądasz przez okno i myślisz sobie, jak pięknie!

–         Tak, i jeszcze za chwilę powinni puścić jakąś muzyczkę relaksacyjną – odparłem trochę zaspany.

Jakby na życzenie głośnik zacharczał raz i drugi. Trudno to nazwać muzyką relaksacyjną, ale doceniliśmy podjętą próbę. Głośnik ponownie zacharczał i zamilkł. Wreszcie charknął trzeci raz, tym razem by wygłosić komunikat:

–         Z powodu awarii technicznej postój pociągu ma czas nieograniczony.

Zabrzmiało to poważnie. Postaliśmy godzinkę, nikt nie uprzedził podróżnych, co się stanie dalej. Pasażerowie zaczęli się budzić, wygrzebywać spod kurtek, przecierać zaspane oczy i…  rozmawiać ze sobą. Coś niebywałego, po raz pierwszy zapamiętam, kto jechał ze mną półtorej godziny do pracy! Można powiedzieć, że PKP zafundował nam wyjazd integracyjny. Na dodatek poranek okazał się wyjątkowo piękny. Świeży śnieg i szadź pokryły okoliczne drzewa, świeciło słońce, okolica wyglądała bajkowo. Gdyby nie awaria pociągu, pewnie bym niczego nie zauważył.

Po godzinie ciszy pociąg rusza, ale nie w kierunku Warszawy. Głośniki milczą, natomiast na korytarzu krążą plotki, że wracamy do Skierniewic, by dalej przez Sochaczew, okrężną trasą dotrzeć do stolicy. Największym szczęśliwcem okazał się pan od kanapek, normalnie ignorowany, teraz rozchwytywany, w pół godziny sprzedał wszystko, mimo że podniósł marżę dwukrotnie.

W Skierniewicach kolejny długi postój. Część pasażerów wysiada z pociągu i zmierza w kierunku widocznej z daleka stacji. Prawdopodobnie to ci, którzy zrezygnowali z dojazdu do pracy. A może liczą na inne, mniej zawodne środki komunikacji? Nie wiemy co robić – wysiadać, cierpliwie czekać? Żadnych komunikatów! Wreszcie przydybany konduktor oznajmia, że tradycyjna trasa został odblokowana i znowu jedziemy do Żyrardowa. Tym razem się udało, docieramy do Warszawy 160 minut po czasie. Wysiadający dokumentują podręcznym sprzętem fotograficznym stan opóźnienia na wyświetlaczu dworcowym. Na tej podstawie będzie można zawalczyć o odszkodowanie.

–         Może kolej zwróci 2 zł? – śmieje się któryś z pasażerów.

A właściwie dlaczego PKP miałoby zwracać pieniądze? Właściwie, to my powinniśmy jeszcze dopłacić. Przecież korzystaliśmy z pociągu o 2,5 godziny dłużej. Było ciepło, bo ogrzewanie akurat działało, mieliśmy dach nad głową, dostęp do toalet. Na dodatek jeszcze integracja współpasażerów. Za takie luksusy w świecie kapitalistycznym trzeba płacić i to słono, a nie domagać się odszkodowań.

Swoją drogą, cieszę się, że nie jestem klientem niezawodnych kolei niemieckich. Umarłbym z nudów! Wszystko zgodnie z planem, do bólu przewidywanie i punktualnie. Nic nie zaskoczy. Nic nie utkwiło by mi w pamięci. O czym bym pisał? A dzięki PKP zapamiętam ten dojazd do Warszawy na wiele lat.

Spóźnienie udokumentowane 🙂

Jeźdźcy bez głowy

Z cyklu „blog pasażera”

Wchodzę do przedziału i jak zwykle widzę jeźdźców bez głowy. Tym razem jest ich tylko dwóch. Siedzą w kątach i twardo śpią. Każdy zakrywa sobie głowę kurtką, stąd skojarzenie. Taki „jeździec bez głowy” pokazuje swoje oblicze tylko dwa razy – gdy konduktor sprawdza bilety i gdy dojeżdżamy do stacji docelowej. Gdybym z jakichkolwiek powodów musiał opisać twarze moich współpasażerów, nie byłbym w stanie. Mógłbym co najwyżej podać krój płaszcza, z jakiego materiału został wykonany, jakie miał guziki i kieszenie. Ponieważ mężczyźni ubierają się dość podobnie, nie udało mi się zapamiętać żadnego z jeźdźców. Chociaż…, raz zdarzył się wyjątek.jeźdźcy bez głowy

Było tuż po świętach. Jeden z „jeźdźców” zwrócił moją uwagę dość nietypowymi akcesoriami. W jego ubiorze, tak jak u wszystkich, dominowała elegancka tonacja szaro-czarna, od butów, poprzez spodnie i sweter, aż po kurtkę szczelnie okrywającą głowę. Z całością kontrastowało coś, co leżało na kolanach i było „żarówiaście” czerwone. Nie dało się nie zauważyć. Przyjrzałem się dokładniej i odkryłem, że jest to kocyk. Gdy wreszcie u celu „jeździec” się obudził, wyciągnął spod głowy fioletową podusię i całość – to znaczy kocyk wraz z podusią metodycznie upakował w gustownym woreczku. Wszystko było takie „sweetaśne” i taki nowiutkie. Zapewne wigilijny prezent od nadopiekuńczej żony czy też mamy. Taki prezent dla „misia”.

Amator, zawodowiec i profesjonalista

Wchodzę na dworzec i widzę, że na pociąg czeka więcej chętnych niż zazwyczaj. Do stolicy jeżdżą prawie zawsze ci sami ludzie, którzy tam pracują lub uczą się. Oni stanowią większość. W mniejszości są pasażerowie okazjonalni. Czasami te proporcje się zmieniają, gdy w Warszawie odbywa się jakieś sympozjum, mecz, czy ważny koncert. Tak też musiało być i tym razem. Grupki kobiet, niezwykle elegancko ubranych wyraźnie wyróżniały się z grona pozostałych pasażerów. Rozgadane, roześmiane i trochę zdenerwowane, z niecierpliwością oczekiwały na przyjazd pociągu.

–  Halinka, którym pociągiem jedziesz?!

–  Tym pierwszym…

–  Nie lepiej następnym? Może będzie mniejszy tłok?

–  Sama nie wiem, ale Beatka jedzie już z Chojen i trzyma dla nas pół wagonu, przed chwilą dzwoniła, że jest w trzecim od lokomotywy.

–  Nie wiesz gdzie się ten trzeci wagon zatrzymuje? Może powinniśmy już wyjść na peron?

–  No co ty, jeszcze go nie zapowiadali…

–  Ale potem mam biec? W szpilkach? Chodźcie już dziewczyny…

–  Na taki ziąb, zwariowałaś?! Poczekaj, zadzwonię do Beatki, czy już wyjechała z Chojen…

Dzwonią do Beatki. Już jedzie, ale nie wie dokładnie, gdzie się teraz znajduje, na dworze ciemno i mgła. Jest zdenerwowana, bo pilnuje miejsc w trzech przedziałach i już sama nie wie, czy to jest trzeci czy czwarty wagon od lokomotywy. Nie może się ruszyć i sprawdzić, ktoś jeszcze gotów te miejsca zająć.

Wreszcie pociąg podjeżdża. Wchodzę do ”swojego”, czyli tego co zawsze wagonu. Mijam Beatkę, zdenerwowaną i spoconą, z obłędem w oczach i telefonem przy uchu. Zajmuję pierwsze wolne miejsca. W sąsiednich przedziałach lokuje się rozgadany i roześmiany kobiecy tłumek. Całą drogę przegadają. Na przemian będą się zastanawiać, jak dojechać, gdy znajdą się na miejsce w Warszawie oraz użalać nad losem pielęgniarek poliwalentnych w naszym kraju.

Słuchając radosnego szczebiotania dobiegającego z sąsiedniego przedziału, ponownie zastanawiam się nad pasażerami. Najbardziej widoczny jest podział na kolejowych amatorów, i zawodowców. Amatora rozpoznaje się na pierwszy rzut oka. Podróż stanowi dla niego pewne novum. Jest tym faktem podekscytowany i zdenerwowany, nie wie, czego może się spodziewać. Niepokój maskuje gadaniem, jest w ciągłym ruchu. Zawodowiec, jest cichy, prawie go nie widać. On już wie. Większość działań zautomatyzował. Wychodzi na peron na sekundę przed zapowiedzeniem pociągu, staje zawsze dokładnie w tym samym miejscu, wręcz na tej samej płycie chodnikowej. Nie biegnie, bo wie, że drzwi wagonu będzie miał przed samym nosem i, że w trzecim przedziale od wejścia usiądzie z tym samym pasażerem co zwykle. Nie znają się, chociaż jeżdżą razem już trzeci rok. Zawodowiec nie gada, bo bezbłędnie opanował prawo zachowania energii. Jest podobny do sprzętu elektronicznego przełączonego w stan stand by. Pełne czynności życiowe włączy dopiero w biurze upijając łyk pierwszej tego dnia kawy.

Amatorem przestaje się być po miesiącu systematycznego jeżdżenia. Gdy zaczynałem swoją przygodę z dojazdami do pracy w Warszawie, kombinowałem, jakim pociągiem pojechać, z którego dworca w Łodzi, do jakiego wagonu wsiąść. Teraz już wiem. Gdy zapowiedzą pociąg wolnym krokiem docieram do tabliczki z napisem „Peron 1”. Staję trzy kroki na lewo od niej. Wiem, że po zatrzymaniu pociągu, będę miał przed sobą drzwi do trzeciego wagonu. Siadam zawsze w tym samym przedziale, z widzenia znam ludzi, którzy po drodze się do mnie dosiądą.

Wyżej od zawodowca stoi tylko profesjonalista. Ten poziom zdobywa się dopiero po kilku latach podróżowania. Widziałem raz jednego. Wsiadł, zajął miejsce, ułożył teczkę na kolanach, wsparł na niej łokcie, uśmiechnął się i zasnął. Przy czym oprócz teczki nie miał żadnych innych punktów podparcia, ani po bokach, ani za plecami. W takich warunkach normalny człowiek nawet nie zmruży oka, a ten spał dobrą godzinę! Tuż przed stacją docelową otworzył oczy, uśmiechnął się i wyszedł. Prawdziwy mistrz.

 

Lodowisko Łódź

Miał być blog o podróżach ze zdjęciami. Jest zbiór felietonów bez fotografii. Może dlatego, że ostatnio mało wyjeżdżam, a może dlatego, że złośliwość i ironia najlepiej mi wychodzą :-).  Chyba się podoba, bo już trzeci raz „Gazeta Wyborcza” zamieszcza mój list na głównej. Działo się o 6 rano w ten piątek…:

 

Rano wybiegam z domu, chcę zdążyć na tramwaj. Na chodniku zdecydowanie zwalniam. Jest ślisko, wczoraj padał mokry śnieg i w nocy zamarzł. Nikt nie pomyślał o posypaniu lodu piaskiem czy solą. Do przystanku docieram w jednym kawałku i zdążam na tramwaj. Zyskuję +2 do umiejętności akrobatyka i łyżwiarstwo. Na Widzewie jest jeszcze ciekawiej. Wysiadający przede mną pan bez wysiłku sunie prosto w otchłań przejścia podziemnego. Stawiam pierwszy krok i idę, a właściwie ślizgam się w jego ślady. Nie mam innego wyjścia, mogę się conajwyżej wywrócić. Nie złoszczę się, tylko delektuję doskonałą gładkością podłoża i zerowym brakiem przyczepności. Cała droga od tramwaju do stacji kolejowej to jedna wielka tafla lodu. Niektórzy próbują iść, ale wyścig wygrywają osoby, które się ślizgają. Przede mną pan wykręcił podwójnego axla, a obok pani popisuje się potrójnym toeloopem. Dobrze, że koło Widzewa ruch samochodowy jest niewielki, więc obywa się bez ofiar w ludziach. Na dworcu tłumek pasażerów próbując dostać się do wagonów doskonali umiejętności łyżwiarskie nabyte w drodze od przystanków komunikacji miejskiej. Widać już pewną wprawę, nikt się z nikim nie zderzył.

Jadę pociągiem do Warszawy i odczuwam głęboką wdzięczność dla urzędników miejskich, którzy zapewnili nam z samego rana tak fantastyczną zabawę na lodowisku. Łódź, co prawda nie leży w górach i nie ma warunków do uprawiania narciarstwa, ale dla łyżwiarstwa jak najbardziej. Jednym ruchem, a właściwie brakiem ruchu, wszystkim można zapewnić doskonałe, naturalne lodowisko.

Urzędnicy, szkoda, że jak już wstaniecie z ciepłych łóżeczek, to być może nie doznacie tej fali radości, jaką niesie ze sobą niczym nie powstrzymywany ślizg ulicami miasta. Obawiam się, że wschodzące słońce rozpuści lód. Z całego serca popieram waszą ekologiczną postawę nie walczenia z naturą sztucznymi środkami, jakimi są piach i sól. Co natura dała, to sama kiedyś zabierze. Z niecierpliwością będę też czekał na wyjaśnienia rzecznika mojej ulubionej instytucji, dlaczego zima i lód w połowie stycznia wszystkich tak strasznie zaskoczyły. Mam już zebrany cały gruby zeszyt tych aforyzmów i gdy tylko dopadnie mnie depresja, czytam i śmieję się do łez. Nie zawiedźcie mnie kochani, macie na to osiem godzin czasu. Przecież za coś bierzecie pieniądze?

Opublikowano w Gazecie Wyborczej:

Blog pasażera- początki

Polityka otwartych drzwi w wykonaniu PKP

Podróż PKP nie jest na pewno nużąca. Czekając na peronie nigdy nie wiem, co mnie spotka, gdy wreszcie wsiądę do wagonu. Najwięcej niespodzianek kryją okna…

polityka otwartych drzwi

Czytaj dalej Polityka otwartych drzwi w wykonaniu PKP

Gdy zamknięto dworzec Łódź Fabryczna. Początki blogu pasażera…

Zaczęło się jesienią 2011 r., gdy zamknięto dworzec Łódź Fabryczna…

Łódź Fabryczna

Pierwszy raz jadę z Łodzi Widzewa. Godzina 6 rano.

Jeden pociąg odjechał, drugi właśnie wjeżdża, a trzeci będzie dosłownie za chwilę. Niestety, nikt w Łodzi nie dostrzegł, że ludzie też przyjeżdżają.

W jedynym działającym kiosku pani głośno oznajmia, że dostępne są tylko 10-minutowe bilety MPK. W tak krótkim czasie nikt do centrum nie dojedzie.

Kupuję gazetę, idę do toalety. Nie dość, że płatne, to jeszcze zamknięte na głucho. Megafony scenicznym szeptem informują, że nadjeżdża pociąg. Trzeba mieć idealny słuch, aby usłyszeć komunikat. Może PKP, jeżeli współczesna technologia je przerasta, powinno zatrudnić, wzorem średniowiecznych zgromadzeń, heroldów. Jeden by stał w drzwiach budynku stacji i głośnym okrzykiem zapowiadał pociągi, a inni rozstawieni wzdłuż peronu, okrzyk ten by powtarzali.

Mniej śmiesznie wyglądają przejścia dla pieszych na perony. Nie trzeba być prorokiem, aby wiedzieć, że w końcu ktoś tam zginie.

A w pociągu, jak to w PKP, chociaż jedzie już 20 minut – zimno, wszyscy w kurtkach. W połowie trasy, czyli w Skierniewicach już tak się nagrzało, albo przybyło tylu pasażerów, że dało się zdjąć wierzchnie okrycia… Mam przeczucie, że w najbliższej przyszłości czeka na mnie wiele przygód. Nudzić się na pewno nie będę…

(ten tekst w formie listu od czytelnika ukazał się w łódzkim dodatku „Gazety Wyborczej”)

Inne z Gazety Wyborczej:

Lodowisko Łódź