Trzy wyspy na Bałtyku – Wolin, Uznam i Rugia

Urlop. Czas odpoczynku od pracy, czas odpoczynku od PKP. Co prawda tracę pakiet zaskakujących atrakcji, jaki serwuje podróżnym polska kolej, ale oferta na drogach jest równie bogata i pełna niespodzianek.

Cel podróży – trzy wyspy na Bałtyku – Wolin, Uznam i Rugia. Zobaczyłem, przeżyłem, wróciłem. Spisuję wrażenia, absolutnie subiektywne. Wszelkie podobieństwa do miejsc i osób są przypadkowe.

Rugia klify

Czytaj dalej Trzy wyspy na Bałtyku – Wolin, Uznam i Rugia

Tajemnicze PKP…

Kolej to bardzo skryta organizacja. Może wynika to z wrodzonej nieśmiałości, może pozostały stare resentymenty – nie mówmy zbyt wiele, bo wiadomo, wróg czuwa. Moim zdaniem PKP przypomina osobę śledzoną, która o tym wie i próbuje zgubić „ogon”. Kto jest tym „ogonem”? Chyba pasażer.

Z jednej strony kolej podlizuje się podróżującym. Inwestuje w nowoczesne systemy nagłaśniania i informacji wizualnej. Zamiast pani, która systematycznie miała kluchę w gardle, co nie miało znaczenia, bo i tak jej nie było słychać, teraz poprzez perony i hale dworcowe niesie się doskonale modulowany sexi głos, uwodzący pasażerów szlachetną intonacją i doskonałą słyszalnością. Wyświetlacze, niegdyś zabytki klasy zero, umajone licznymi płatami rdzy i kupami gołębi, przeszły głęboką metamorfozę. Obecnie niczym się nie różnią od tych, spotykanych na najelegantszych lotniskach, w najbardziej zamożnych częściach świata. W pociągu obsługa wita pasażerów nad wyraz serdecznie, informując, że w razie jakichkolwiek problemów będzie służyć pomocą, głównie podczas kontroli biletów. Czyli pełna otwartość i przejrzystość.

Biada jednak tym, którzy dadzą się złapać na pozory. To tylko zasłona dymna. Trzeba być czujnym, bo inaczej podróż zakończy się w chwili rozpoczęcia. Albo pociąg wywiezie nas hen w nieznane.

Raz na jakiś czas PKP przeprowadza „test czujności pasażera”. W ostatnim tygodniu się na niego załapałem. Najpierw nie przyjechał pierwszy pociąg z Łodzi do Warszawy. Wszyscy rzucili się do drugiego. Ktoś na peronie zawołał:

–         Proszę państwa, ten pociąg nie zatrzymuje się w Koluszkach! – pogłębiając tylko zamieszanie

Część pasażerów wsiadała, część, tych ciekawych, jak wyglądają Koluszki o poranku, postanowiła wysiąść. Do Warszawy pociąg dotarł jakby chyłkiem. Często się zatrzymywał, a dłuższy postój urządził sobie tuż przed Zachodnią. Widać wahał się – wjechać, czy też nie wjechać na peron. Iście szekspirowski problem. Gdy wreszcie przycupnął przy peronie, to pozostawał w tym stanie nieprzyzwoicie długo. Wręcz podejrzanie długo. Żaden sexi głos nie ostrzegł, żaden dźwięk z instalacji nagłaśniającej pociągu się nie wydobył, a skład cichaczem, zamiast na Centralną, już wjeżdżał na Śródmieście. Nikt nie wyjaśnił dlaczego, nie przeprosił…

W drodze powrotnej znacząco wzmogłem czujność, a i tak prawie, prawie zamiast do Łodzi, pojechałbym do Wrocławia. Super nowoczesny wyświetlacz informował, że na ten tor zaraz wjedzie pociągu do Łodzi Kaliskiej. W radosnym oczekiwaniu ustawiłem się przy krawędzi peronu. W ostatniej chwili wyświetlacz się rozmyślił i doszedł do wniosku, że bardziej mu pasuje pociąg do Wrocławia, a skład do Łodzi przekazał koledze z sąsiedniego toru (dobrze, że nie peronu!). Gdybym się odruchowo nie spojrzał, to pewnie teraz piłbym piwo na wrocławskim rynku. Siedząc we właściwym pociągu, aż do odjazdu patrzyłem czy znowu wyświetlacze nie zamienią się pociągami…

Nadwrażliwość

Stukają koła pociągu, stukają klawisze w laptopach. Niektórzy zaczynają pracę już w przedziale. Młody człowiek w kącie przy drzwiach próbuje spać. Typowa sytuacja, nic się nie dzieje. Z nudów przyglądam się towarzyszom podróży. Naprzeciwko, przy oknie, siedzi mężczyzna w średnim wieku. Nie próbuje spać, ani pracować, patrzy się przez okno. Bardzo elegancki – koszula i krawat, marynarka na wieszaku. Mało kto jeździ aż tak szykownie odziany do stolicy, szczególnie drugą klasą. Nie zwracam uwagi na jego ciemną karnację. Nie odbiega ona od polskich standardów.

Pojawia się konduktor. Wygląda na strasznego flegmatyka, a może się nie wyspał? Wolno wypowiada słowa, wolno sprawdza bilety. Nuda. Rutyna.

–         Jak pan chcie, to pokazie panu mój dowód! – krzyczy nagle zirytowany elegant z przeciwka.

Teraz słychać, że cudzoziemiec. Konduktor nic nie rozumie, tylko patrzy zdumiony. Przecież nic nie powiedział.

–         To jeśt mój dowód, prosię, jak pan chcie, to ma!

Konduktor wykonuje ciężką, ale bezskuteczną pracę myślową, aby zorientować się o co chodzi pasażerowi.

–         Ma pan mój dowód i niech się pan tak na mnie nie paci, jak bym psijechał z buszu! Nie jeśtem dzikusiem!

Konduktor przypomina żonę Lota. Trwa skamieniały w zdumieniu, nie wie, jak zareagować. Wreszcie podejmuje decyzję, bez słowa zamyka drzwi i wolno człapie do sąsiedniego przedziału.

–         Ale konduktor pana nie obrażał – odzywa się pojednawczo współpasażer – proszę się nie denerwować.

–         Jak się nie denerwować, kiedy mnie tak potraktował!

–         Ale przecież on się nie odezwał ani słowem.

–         To co z tego, ale się pacił, zawsze tak jest, pacią się na mnie, a co ja jeśtem, muzin?

–         Ale ja nie widziałem aby on się jakoś specjalnie czy wrogo patrzył na pana. Nawet słowa nie powiedział.

–         Pacił się pacił, jak na muzina jakiegoś. Gdybym był muzinem, to bym roziumiał, ale nie jestem! Mam dosyć takiego pacienia!

Odwrócił się w stronę okna i milczał obrażony. Może zastanawiał się nad złożeniem skargi do Brukseli na Polaków, co się tak patrzą? Konduktor też pewnie myślał, o co temu pasażerowi chodziło. Może z przejęciem oglądał swoje oczy w lusterku, szukając tam iskierek kolonializmu i ksenofobi?

Kolej staje się sexi…

Autobus numer 120 podjeżdża pod dworzec i wypluwa pasażerów. Dlaczego na tej linii jest zawsze taki tłok? Wysiadam, patrzę na bryłę dworca i czuję, że cała złość ze mnie uchodzi. Odnowili. Wschodni nie jest już speluną, teraz stara się być bardzo europejski. Szkło, przestrzeń, nowoczesna grafika i wyświetlacze. Te ostatnie mają doklejone karteczki, że są w fazie testowej i w żadnym razie nie należy im ufać. Zniknęły gdzieś stare baby handlujące z pudełek przeterminowaną prasą, nie ma już obskurnego wózka z kanapkami, ani kebabu sprzedawanego z błyszczącego, jak na odpuście stoiska.

Z jednej strony się cieszę, z drugiej trochę mi żal lokalnego kolorytu. Bardziej był on azjatycki, z trzeciego świata, a nie europejski, ale teraz nigdzie nie kupię taniej prasy do poczytania w pociągu. W zamian dostaję namiastkę luksusu, świeżości i bon tonu. Dostaję także głos, głos, którego nie da się zapomnieć. Nie wiem na jakim castingu wybrali kobietę, ale dzięki niej kolej stała się sexi. Jej tembr  wręcz ocieka wysublimowaną zmysłowością, gdy zapowiada pociąg do Krakowa. Nazwę peronu wymienia, jak imię najczulszego kochanka, a godzinę odjazdu podaje tak, jakby zaangażowała w te słowa całe swoje serce.

Ludzie uwiedzeni głosem, mogą, powodowani nagłym uczuciem, nabyć bilety, chociaż przed chwilą nie planowali jeszcze podróży. Jednak siermiężność pociągów zdejmuje czar zapowiedzi w sposób natychmiastowy i bardzo bolesny. Wnętrza przedziałów nie skłaniają do romantycznych uniesień. Więc lepiej nie wyruszać w żadną podróż, tylko zostać na dworcu i słuchać, słuchać, słuchać…

Marketing turystyczny czyli Wielkanoc w okolicach Kłodzka

Tytułem wstępu

Wielkanoc 2012 roku upałami nie rozpieściła. Na szczęście spędzaliśmy święta w okolicach Kłodzka, a tam zawsze jest co robić, nawet w niepogodę. Nie siedzieliśmy więc w domu, za to dużo jeździliśmy i zwiedzaliśmy. Jedno miejsce zrobiło na mnie szczególne wrażenie. Gdyby pogoda była ładniejsza, pewnie nigdy bym nie zaplanował tej wycieczki…

Ta „wystawka” była chociaż z epoki

Czytaj dalej Marketing turystyczny czyli Wielkanoc w okolicach Kłodzka

Straszna Staruszka 2

Straszną Staruszkę widziałem jeszcze wielokrotnie. Raz w autobusie, którym jechałem na dworzec, częściej w pociągu, gdy spacerowała po korytarzu. Miała taki dziwny zwyczaj, że w połowie trasy, gdzieś koło Skierniewic, zmieniała przedział. Przemierzała kilkakrotnie korytarz zaglądając niemalże do wszystkich przedziałów. Na szczęście w ciągu dwóch miesięcy jakie minęły od poprzednich wydarzeń, tylko raz weszła do mojego przedziału.straszna staruszka 2

Czytaj dalej Straszna Staruszka 2

Straszna staruszka – spotkanie pierwsze

Oprócz klasycznych rodzajów pasażerów, zdarzają się wyjątki. Zazwyczaj są to osoby, których drugi raz bym nie chciał spotkać. Jednak wracają one, niczym zły sen.Straszna staruszka

Czytaj dalej Straszna staruszka – spotkanie pierwsze

Podróżowanie nie jest czynnością towarzyską…

Podróżowanie koleją nie jest czynnością towarzyską. W pewnym sensie przypomina jazdę windą, gdzie kilka obcych sobie osób zamkniętych na niewielkiej przestrzeni, zazwyczaj doskonale ignoruje obecność pozostałych ludzi i ogranicza kontakt do absolutnie niezbędnych gestów i słów. Tylko, że windą jedzie się kilka, kilkanaście minut, pociągiem na mojej trasie dwie godziny. Zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku, zazwyczaj nie pamiętam z kim jechałem.

Najtrudniej zapamiętać twarze najmniej uciążliwych towarzyszy podróży. Większość z nich z miejsca zasypia. Wtulają się w płaszcz czy oparcie fotela i odpływają. Druga grupa to laptopiarze. Też niegroźni. Otwierają przenośny komputer i przez całą drogę pracują. Zdarzają się też, ale niezmiernie rzadko, miłośnicy książek. Nie mają łatwo, ponieważ są praktycznie skazani na czytanie w ciemnościach. Śpiący, wykorzystując przewagę liczebną, nie zgadzają się na zapalenie górnego światła w nocy, czy odsłonięcie firanek w dzień.

Zdecydowanie lepiej zapamiętuję tych uciążliwych. Są to osoby na przeróżne sposoby zrośnięte z telefonem komórkowym. Przeważnie nie potrafią korzystać z tego urządzenia w sposób dyskretny i zupełnie nie przeszkadza im audytorium złożone z obcych ludzi. Kobiety zazwyczaj prowadzą głośne rozmowy, mężczyźni grają. Jedno i drugie jest równie upierdliwe.

Gracz testuje swoją komórkę, bo akurat dostał nową i w czasie drogi musi sprawdzić wszystkie dostępne funkcje, zwłaszcza dźwiękowe. Jeżeli już dostatecznie nacieszył się poznawaniem możliwości komórki, zaczyna grać w swoją ulubioną grę. Przedział zalewa wtedy fala pisków, melodyjek, chrobotania, łomotania. Można się poczuć jak w centrum kosmicznym, które próbuje nawiązać kontakt z obcą cywilizacją. Na szczęście prawie zawsze znajdzie się inny, asertywny pasażer, który mniej lub bardziej grzecznie poprosi delikwenta o wyłączenie dźwięku.

Kobiety lubią głośno rozmawiać, nawet wtedy, gdy relacjonują koleżance intymne wydarzenia z ostatniego weekendu. Sprawozdanie jest doskonale słyszalne w czterech sąsiednich przedziałach.

–         Kaśka, wiesz, o mało co, a wyszłabym za mąż!

–         No co ty, nie zalewam, taki jeden się do mnie wczoraj na imprezie przyczepił, prawie się oświadczył.

–         Nie młody był, w pewnym momencie powiedziałam mu, że jakbym się dobrze postarała, to mogłabym być jego matką!

–         Ej, wcale taka stara nie jestem, to on był młody. Ale się do mnie przykleił, mówię ci…

Następnie dziewczę przez kolejne 15 minut barwnie i szczegółowo opisuje, co ów młodzian chciał z nią zrobić. Miny mimowolnych słuchaczy-pasażerów bezcenne!

Głośne rozmowy telefoniczne uwielbiają też kobiety typu bizneswomen. Przekształcają one przedział w biuro. Wsiadają, wyjmują papiery i kolejno załatwiają rozmowy służbowe.  Często są to sprawy, które nie powinny być słyszane przez osoby postronne – kwestie finansowe, personalne czy prawne. Raz trafiła się rekordzistka, która jeszcze nie weszła do przedziału, a już rozmawiała. Przerwała tę czynność tylko na moment, gdy pociąg wjechał do tunelu i straciła zasięg. Pełen mój podziw wzbudziła, gdy okazało się, że potrafi założyć płaszcz, czapkę i rękawiczki oraz pozbierać wszystkie swoje szpargały z siedzenia, podłogi oraz górnych półek, bez odrywania telefonu od ucha!

Zrośnięci z komórką są uciążliwi, ale prawdziwe przerażenie budzi dopiero pojawienie się Obleśnego Dziadunia lub Strasznej Staruszki. O tym w kolejnym poście.

Wyjazd integracyjny z PKP

Zima chyba już minęła, a ja wracam do jej początków. Zawsze mnie fascynowało dlaczego ludzie w miejscach publicznych, takich jak winda, komunikacja miejska, pociągi zachowują się tak, jakby nikogo nie było. Nie patrzą się na innych, zamykają się w swoim świecie. Pisałem o tym w „Jeźdźcach bez głowy„. Nie ma integracji – jesteśmy razem, ale osobno. Czasami jednak nieprzewidywane wydarzenia zmieniają na krótko ten stan rzeczy…

Po jakimś czasie podróżowania tą samą trasą w życie wkrada się rutyna. Na szczęście funkcjonowanie PKP oparte jest w dużej mierze na przypadku i farcie, a nie solidnym planowaniu. Ostatnia zima (2011/12) zaczęła się wyjątkowo późno. Jeszcze w grudniu śniegu nie padał, a temperatury praktycznie nie spadały poniżej zera. Dlatego, gdy wreszcie doczekaliśmy się ujemnych temperatur, kolej postanowiła już pierwszego dnia pokazać na co ją stać. W poprzedzający wydarzenia wieczór zerwana została trakcja na jednym z torów prowadzących z Łodzi do Warszawy, a następnego ranka ktoś postanowił zakończyć życie pod kołami lokomotywy jadącej po drugim i ostatnim czynnym torze. W ciągu dnia popsuły się pociągi zmierzające do stolicy ze wschodu. I tak Warszawa, bez żadnej wojny, tsunami, powodzi, suszy czy innej realnej klęski została odcięta od świata. Bin Laden, gdyby żył, mógłby się uczyć, jak niewielkimi środkami sparaliżować stolicę sporego, europejskiego państwa! Z opóźnieniami na wszystkich trasach PKP poradziło sobie dopiero późnym wieczorem.

Jeszcze nieświadomi tego, co nas czeka, jechaliśmy, jak zwykle do pracy. Pociąg minął Skierniewice i zatrzymał się dopiero przed Żyrardowem. Standard, zawsze się gdzieś zatrzymuje, podobno remontują tory i tak musi być. Gdy postój przedłużał się, obudził się Rysiek (razem dojeżdżamy do firmy). Wyjrzał przez okno i stwierdził radośnie:

–         Widzisz, kolej dba o nasze samopoczucie. Jedziesz, śpisz, nie patrzysz nawet na mijane krajobrazy. A tu proszę, pociąg staje, a ty bezwiednie wyglądasz przez okno i myślisz sobie, jak pięknie!

–         Tak, i jeszcze za chwilę powinni puścić jakąś muzyczkę relaksacyjną – odparłem trochę zaspany.

Jakby na życzenie głośnik zacharczał raz i drugi. Trudno to nazwać muzyką relaksacyjną, ale doceniliśmy podjętą próbę. Głośnik ponownie zacharczał i zamilkł. Wreszcie charknął trzeci raz, tym razem by wygłosić komunikat:

–         Z powodu awarii technicznej postój pociągu ma czas nieograniczony.

Zabrzmiało to poważnie. Postaliśmy godzinkę, nikt nie uprzedził podróżnych, co się stanie dalej. Pasażerowie zaczęli się budzić, wygrzebywać spod kurtek, przecierać zaspane oczy i…  rozmawiać ze sobą. Coś niebywałego, po raz pierwszy zapamiętam, kto jechał ze mną półtorej godziny do pracy! Można powiedzieć, że PKP zafundował nam wyjazd integracyjny. Na dodatek poranek okazał się wyjątkowo piękny. Świeży śnieg i szadź pokryły okoliczne drzewa, świeciło słońce, okolica wyglądała bajkowo. Gdyby nie awaria pociągu, pewnie bym niczego nie zauważył.

Po godzinie ciszy pociąg rusza, ale nie w kierunku Warszawy. Głośniki milczą, natomiast na korytarzu krążą plotki, że wracamy do Skierniewic, by dalej przez Sochaczew, okrężną trasą dotrzeć do stolicy. Największym szczęśliwcem okazał się pan od kanapek, normalnie ignorowany, teraz rozchwytywany, w pół godziny sprzedał wszystko, mimo że podniósł marżę dwukrotnie.

W Skierniewicach kolejny długi postój. Część pasażerów wysiada z pociągu i zmierza w kierunku widocznej z daleka stacji. Prawdopodobnie to ci, którzy zrezygnowali z dojazdu do pracy. A może liczą na inne, mniej zawodne środki komunikacji? Nie wiemy co robić – wysiadać, cierpliwie czekać? Żadnych komunikatów! Wreszcie przydybany konduktor oznajmia, że tradycyjna trasa został odblokowana i znowu jedziemy do Żyrardowa. Tym razem się udało, docieramy do Warszawy 160 minut po czasie. Wysiadający dokumentują podręcznym sprzętem fotograficznym stan opóźnienia na wyświetlaczu dworcowym. Na tej podstawie będzie można zawalczyć o odszkodowanie.

–         Może kolej zwróci 2 zł? – śmieje się któryś z pasażerów.

A właściwie dlaczego PKP miałoby zwracać pieniądze? Właściwie, to my powinniśmy jeszcze dopłacić. Przecież korzystaliśmy z pociągu o 2,5 godziny dłużej. Było ciepło, bo ogrzewanie akurat działało, mieliśmy dach nad głową, dostęp do toalet. Na dodatek jeszcze integracja współpasażerów. Za takie luksusy w świecie kapitalistycznym trzeba płacić i to słono, a nie domagać się odszkodowań.

Swoją drogą, cieszę się, że nie jestem klientem niezawodnych kolei niemieckich. Umarłbym z nudów! Wszystko zgodnie z planem, do bólu przewidywanie i punktualnie. Nic nie zaskoczy. Nic nie utkwiło by mi w pamięci. O czym bym pisał? A dzięki PKP zapamiętam ten dojazd do Warszawy na wiele lat.

Spóźnienie udokumentowane 🙂

Jeźdźcy bez głowy

Z cyklu „blog pasażera”

Wchodzę do przedziału i jak zwykle widzę jeźdźców bez głowy. Tym razem jest ich tylko dwóch. Siedzą w kątach i twardo śpią. Każdy zakrywa sobie głowę kurtką, stąd skojarzenie. Taki „jeździec bez głowy” pokazuje swoje oblicze tylko dwa razy – gdy konduktor sprawdza bilety i gdy dojeżdżamy do stacji docelowej. Gdybym z jakichkolwiek powodów musiał opisać twarze moich współpasażerów, nie byłbym w stanie. Mógłbym co najwyżej podać krój płaszcza, z jakiego materiału został wykonany, jakie miał guziki i kieszenie. Ponieważ mężczyźni ubierają się dość podobnie, nie udało mi się zapamiętać żadnego z jeźdźców. Chociaż…, raz zdarzył się wyjątek.jeźdźcy bez głowy

Było tuż po świętach. Jeden z „jeźdźców” zwrócił moją uwagę dość nietypowymi akcesoriami. W jego ubiorze, tak jak u wszystkich, dominowała elegancka tonacja szaro-czarna, od butów, poprzez spodnie i sweter, aż po kurtkę szczelnie okrywającą głowę. Z całością kontrastowało coś, co leżało na kolanach i było „żarówiaście” czerwone. Nie dało się nie zauważyć. Przyjrzałem się dokładniej i odkryłem, że jest to kocyk. Gdy wreszcie u celu „jeździec” się obudził, wyciągnął spod głowy fioletową podusię i całość – to znaczy kocyk wraz z podusią metodycznie upakował w gustownym woreczku. Wszystko było takie „sweetaśne” i taki nowiutkie. Zapewne wigilijny prezent od nadopiekuńczej żony czy też mamy. Taki prezent dla „misia”.