Letnisko – czyli krótka historia urlopu i wyjazdów na wakacje

Nową ekspresówką błyskawicznie śmiga się na Wieś. Szybciej niż kiedyś i… nudniej. Ściany ekranów dźwiękochłonnych ograniczają wszelką widoczność poza liniąszosy. Czuję się niczym koń dorożkarza. Na szczęście ostatnie kilkanaście kilometrów wiedzie drogami lokalnymi. Zjeżdża się na nie w Marzeninie, małej wiosce położonej nad Grabią. Gdy wiozę ze sobą mamę, jest to moment, w którym przestaje ona psioczyć pod nosem na okropne ekrany oraz jeszcze obrzydliwsze tiry i zaczyna normalnie rozmawiać. Tak też było i tym razem

Droga ekspresowa s8
Dzisiaj na letnisko śmiga się drogą ekspresową

– A wiesz Hegemonie, że tata często opowiadał mi o wakacyjnym pobycie w Marzeninie?

– Tata?!

– Mój tata, a twój dziadek. Był na letnisku w Marzeninie w 1914, a może 1915 roku, czyli przeszło sto lat temu…

Rozejrzałem się uważniej. Próbowałem sobie wyobrazić mojego dziadka, jako małego chłopca na letnisku. Zaciekawiło mnie też od kiedy ludzie zaczęli jeździć na wakacje i brać urlopy…

Letnisko, urlop, wakacje…, kiedy narodziła się turystyka

Masowa turystyka rozkwitła całkiem niedawno. Praktycznie była nieobecna, aż do początków XIX stulecia, a charakter masowy przybrała dopiero po II wojnie światowej. Dziwnie musiał wyglądać świat bez podróży, zatłoczonych plaż nadmorskich i ścisku na Krupówkach…

Cascais
Portugalia. Zatłoczone plaży nieodłącznie wiążą się z turystyką

Przed wiekami dla przyjemności podróżowali nieliczni. Zazwyczaj jeździli „do wód”. Niespokojne dusze, które nie umiały usiedzieć na miejscu, mogły zaciągnąć się do armii lub wybrać na pielgrzymkę. Podróżowało się także w celach handlowych lub zdobywania wiedzy.

Wiek XIX przyniósł radykalną zmianę. Podróże stały się dostępne. Co prawda nadal dla elity, ale coraz liczniejszej elity. W XIX w. wspinacze zdobywają wszystkie alpejskie szczyty, a turyści zapełniają miejscowości wypoczynkowe. Thomas Cook tworzy pierwsze biuro podróży, a pierwszy przewodnik turystyczny pisze Karl Bedecker. W II połowie XIX wieku zaczyna się kariera Zakopanego, a wokół dużych miast wyrastają miejscowości letniskowe. Mój dziadek zapewne należał do jednego z pierwszych pokoleń, które regularnie latem jeździło na wakacje…

Krowa, czyli letnisko dziadka

Dziadek wychowywał się w Zduńskiej Woli, więc na letniska jeździł z matką i rodzeństwem, w niedalekie okolice, chociażby do takiego Marzenina. Dalsze wypady nie wchodziły w rachubę, ponieważ:

– Podróżowali wozami – opowiadała mama – Na te wozy pakowali niezbędny dobytek łącznie z łóżkami. Nie jechali zbyt szybko, bo obok wozów szła krowa.

– Jak to krowa?!

– Co się dziwisz? Moi dziadkowie mieli krowę. Oczywiście na co dzień trzymali ją w jakiejś oborze na obrzeżach miasta, ale na wakacje zabierali ze sobą.

Obecnie na wyjazdy zabieramy ze sobą lodówkę turystyczną, kiedyś w podobnym celu podróżowało się z krową…

krowa
Jestem ciekaw czy to jest prawnuczka krowy mojego dziadka?

Lampa naftowa, czyli letnisko babci

Babcia, matka mojego taty, gdy pisała pamiętnik miała niemal 80 lat, ale wciąż świetnie pamiętała wakacje swojego dzieciństwa, które przypadało na drugie dziesięciolecie XX wieku.

„Na wakacje wyjeżdżaliśmy zawsze na letnisko. Jechało się niedaleko, w okolice Łodzi, żeby ojciec, który zostawał w mieście, mógł do nas na niedziele przyjeżdżać.

Z rana podjeżdżał pod nasz dom chłopski wóz, na który ładowało się wszystko, co mogło być potrzebne na letnisku, a więc łóżka, pościel, toboły i kosze, skrzynie z garnkami i naczyniami, a na stosie tych rzeczy siedziała służąca z dużą lampą naftową w ręku. Takie furmanki chłopskie ciągnęły sznurem w okresie letnim po szosach prowadzących do podmiejskich letnisk i na każdej można było zobaczyć służącą z lampą naftową w ręku.”

„Letnisko, to był prawdziwy raj dla nas dzieci. Pierwszą czynnością po przyjeździe na miejsce było zrzucenie butów, które kładło się na nogi dopiero w dniu powrotu do Łodzi.”

lampa naftowa
Czy taka lampa naftowa jechała na letnisko babci?

Gdy w niedzielę z miasta zjeżdżali pracujący ludzie, podawano świąteczny posiłek. „Na obiad były obowiązkowo kurczaki z mizerią, na deser szarlotka.”

Pod wieczór w niedzielę ze wszystkich letnisk wracali do miast mężowie, którzy następnego dnia szli do pracy. W ich wypadku nie było żadnej szansy na urlop, przypuszczam, że nawet tego słowa nie znali…

Urlopy, kiedy to się zaczęło?

Pierwszy płatny urlop na świecie wywalczyli sobie pracownicy holenderskich szlifierni diamentów w 1910 r. Powszechnie urlopy zagościły w prawodawstwie państw europejskich dopiero po zakończeniu I wojny światowej. Polska należała do ścisłej czołówki. Już w 1922 roku zagwarantowała płatne urlopy wszystkim pracownikom, którzy w jednej firmie przepracowali rok, a przedsiębiorstwo zatrudniało więcej niż 4 osoby.

Jednym z ostatnich państw europejskich, które przyznało prawo do płatnych urlopów była Szwajcaria – pracownicy ten przywilej wywalczyli sobie dopiero w 1946 r.!

Ukochane wakacje mamy

Mama na regularne wakacje zaczęła wyjeżdżać zaraz po zakończeniu II wojny i jak sama często podkreślała były to jej najlepsze wakacje życia. Spędzała je co roku w niewielkim Grabnie.

Grabno
Grabno. Widok obecny od strony Grabi

– Jakie to były świetne wakacje Hegemonie, to nawet sobie nie wyobrażasz!

Ma rację, nie wyobrażam sobie. Ona, dwunastoletnia wówczas dziewczynka, wraz z młodszą o kilka lat siostrą Magdą jechały na dwa miesiące do PGR, którym zarządzał wuj Roman. Jechały same, gdyż rodzice zostawali w Łodzi, a pracujący wuj nie miał zbyt wiele czasu, aby zajmować się siostrzenicami.

– Rodzice nie bali się was puszczać samopas?! – pytam zaskoczony

– Dziadek bardzo się bał, ale z drugiej strony nie pozwalał babci jeździć z nami. Jakoś nieswojo czuł się sam w domu. Babcia przyjeżdżała do Grabna raz na tydzień lub nawet raz na dwa tygodnie i wtedy próbowała nas doszorować…

A było z czego. Dziewczynki niekiedy kąpały się w pobliskiej Grabi, lecz znacznie częściej brudziły w trakcie wiejskich zabaw. Mnóstwo czasu spędzały w towarzystwie psów, nawet wpełzały do dużej budy stojącej na podwórzu, więc pcheł gromadziły co niemiara.

maki
letnisko na wsi

– Włóczyłam się po okolicy najpierw z Magdą, ale ona nie lubiła chodzić, wolała siedzieć przy domu. Przestałam więc ją namawiać i na spacery zabierałam psy – Miśka, to był wilczur i Figę, taką rudą suczkę, mieszańca. Niestety Misiek polował na gęsi i po prostu je zagryzał! Wtedy uciekałam i chowałam się, aby nikt na mnie nie nakrzyczał

– I były tam konie. Oczywiście jeździło się na oklep. Pewnego razu, bardzo łagodna klacz nagle się znarowiła i poniosła mnie pod drzewo. Na szczęście zdążyłam się schylić, lecz okulary zawisły wysoko na gałęzi. Bardzo się bałam o te okulary! Jednak strach mnie nie powstrzymywał przed niezbyt bezpiecznymi zabawami. Uwielbiałam wspinać się na stogi ustawiane na polach, a potem z nich zjeżdżać na tyłku. Wcześniej rzucałam Magdzie okulary, siadałam na zabranej z pokoju poduszce i z ogromnym impetem zjeżdżałam w dół. Właściwie nie wiem po co mi była ta poduszka, bo wypadała mi spod siedzenia już na samym początku zjazdu.

– Lubiłam też skakać z wozu na sąsiek, gdy wyładowany słomą czy sianem wóz stał w stodole. Między nim, a sąsiekiem była zawsze jakaś przerwa. Skakałam więc z wozu na sąsiek, a zaraz potem z sąsieku na wóz. Aż raz źle wyliczyłam odległość i spadłam głową na dół wprost na kamienne klepisko. Przez chwilę myślałam, że umarłam, nawet na moment straciłam głos. Jednak po kilku minutach wstałam, otrzepałam się i pobiegłam dalej się bawić…

– Nie byłam zadowolona, gdy pewnego razu tata zabrał mnie na wczasy w Kotlinę Jeleniogórską, bodajże do Cieplic. Było tam ładnie, mogłam zobaczyć góry, czy zwiedzać zamki, ale i tak tęskniłam za Grabnem…

letnisko
Gdzieś na polach w okolicach Grabna

Wypoczynek masowy

W 1945 r. Dolny Śląsk znalazł się w granicach państwa polskiego. Władze upaństwowiły tamtejsze ośrodki wypoczynkowe i zachęcały do wyjazdów na ziemie odzyskane. Łatwo było otrzymać skierowanie na wczasy, więc dziadek zabrał córkę ze sobą, myśląc, że ją tym wyjazdem uszczęśliwi. Nie do końca mu się udało.

Upaństwowienie ośrodków wypoczynkowych oraz tanie skierowania na wczasy, kolonie i do sanatoriów, sprawiły, że Polacy zaczęli masowo wyjeżdżać na urlopy. W 1949 r. na taki rodzaj wypoczynku zdecydowało się ok. 300 tysięcy ludzi, trzydzieści lat później, w 1979 r., już ponad cztery miliony. Imponujący rozwój.

Międzyzdroje
Międzyzdroje – masowy wypoczynek nad morzem

Wyjazdy na wieś z rodzicami

Moi rodzice planując wakacje dla nas, gdy byliśmy jeszcze małymi dziećmi, realizowali szalone pomysły mamy rodem z Grabna. Już pierwsze swoje wakacje spędziłem w miejscu, które niekoniecznie nadążało za zdobyczami współczesnej cywilizacji… Rodzice wybrali się na rekonesans do Konopnicy, poleconej im przez znajomych wypoczynkowej miejscowości nad Wartą. „Wizja lokalna nie wypadła jednak pozytywnie” – zapisał tata w swoim pamiętniku. „Konopnica przypominała raczej nadmorski kurort, niż cichą i spokojną wioskę, o jakiej marzyliśmy”. Postanowili więc poszukać letniska gdzie indziej…

studnia
Może taka prymitywna studnia stała na podwórku mojego pierwszego letniska?

„Zdecydowaliśmy się iść do Rychłocic nie szosą, a zwykłą drogą biegnącą brzegiem Warty. Droga była bardzo ładna i urozmaicona. Prowadziła najpierw łąkami a potem przez gęsty las, na którego końcu spostrzegliśmy dwie skromne chatki. Bardzo nam się one spodobały i pomyśleliśmy, że chętnie spędzilibyśmy w nich wakacje. Okazało się, że gospodarze gotowi są wynająć pokoje. Podana cena była wprawdzie dość wygórowana jak na niski komfort obydwu domów (nie było w nich prądu, a wodę czerpało się z prymitywnej studni), mimo to fakt położenia domów z dala od wsi, tuż przy brzegu rzeki i niemal w samym lesie skłonił nas do podjęcia pozytywnej decyzji.”

W tych domkach oddalonych od wsi i najbliższego sklepu o ponad dwa kilometry mama spędziła wakacje z dzieckiem, które jeszcze nie miało roku. A byłem dość upierdliwym bachorem…Jednak musiało jej się podobać, bo i w kolejnych latach rodzice wyszukiwali domy bez wygód – czyli bez prądu i bieżącej wody.

pola
Letnisko na wsi

Na pierwsze wakacje udało się rodzicom wypożyczyć samochód z pracy, ale zazwyczaj korzystali z transportu publicznego – pociągów i autobusów. Część dobytku zabierali ze sobą, a część nadawali na bagaż. Potem te rzeczy trzeba było odebrać ze stacji kolejowej i dowieźć autobusem na miejsce. Szczególnie zimą nie było to łatwe zadanie.

„Samo załadowanie do autobusu 3 par nart, sanek i olbrzymiego tobołu przez jedną osobę wydawało się rzeczą niewykonalną, ale jakoś sobie poradziłem.” – pisał w pamiętniku tata.

Tęsknota za wakacjami dzieciństwa

Brak prądu, woda w studni, nie wiem czy bym się zdecydował spędzać wakacje w takich warunkach. Jednak najpiękniejsze wspomnienia, jakie mi pozostały z dzieciństwa, dotyczą właśnie letnich wakacji spędzanych na wsiach leżących gdzieś na skraju cywilizacji…

letnisko
Gdzieś na wsi…

 

Jestem ciekawy jakie wyjazdy wakacyjne z okresu dzieciństwa najlepiej wspominacie? A może wiecie, jak wyglądały wakacje waszych rodziców, czy też dziadków, gdy jeszcze byli małymi dziećmi? Podzielcie się proszę waszymi historiami…

 

P.S. A wiecie, że kiedyś mówiło się (ta) wakacja, a nie (te) wakacje?

42
Dodaj komentarz

avatar
16 Comment threads
26 Thread replies
3 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
17 Comment authors
aksinimarharettaTelefoniczneWyprawyGreenelkaje,chomikowa Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
madamme
Gość

Przez wiele lat jeździłam z mamą na Mazury – do domu z pompą, banią i kurami na podwórzu. Wspominam ten czas z wielkim sentymentem – choć nigdy nie udało mi się trwale zabrudzić (mama czuwała nad higieną:))). Uwielbiałam kapać się w płytkich zatoczkach Krutyni, łapać malutkie rybki (nigdy mi się to nie udawało) i bawić się wśród drzew schodzących nad samą wodę. A wszystko to w ciszy, błękicie nieba i przejrzystej, mazurskiej toni jezior i rzek.

boja
Gość

W mojej rodzinie wakacyjne wojaże nigdy nie były priorytetem. Jakieś tam wyjazdy do rodziny i takie tam. Raz byłem na koloniach letnich i raz na obozie wędrownym. Z kolonii pamiętam tylko tyle, że szybko skończyły mi się pieniądze. Na obozie pieniędzy mi nie zabrakło, bo były to czasy, w których nie bardzo było na co je wydawać…

jotka
Gość
jotka

Przywołałeś wspomnienia…
My też nie lubimy jeździć drogami szybkiego ruchu, bo to nudne, ale gdy dług a droga, to czasem trzeba…
Na pewno kiedyś więcej było romantyzmu, chociaż spanie w stodole na sianie nigdy nie było dla mnie romantyczne.
Dziś bez prądu nie wyobrażamy sobie życia, nawet na wakacjach, ale taki pomysł wakacji w dawnym stylu to chyba dobry sposób na biznes obecnie…

Er Zwar
Gość

dobry tekst! tęsknię za czasami, kiedy w turystycznych miejscowościach nie było jeszcze turystów… no ale trzeba się pogodzić z faktem, że gdy się gdzieś w takie miejsce pojedzie, to się automatycznie (współ)tworzy tłum.

wakacje na wsi w dzieciństwie też mam na koncie. epickie! przez kilka kolejnych lat jeździliśmy z rodziną i znajomymi (i dziećmi znajomych, co ważniejsze) do samotnego domu – w puszczy, nad jeziorem… ech. 🙂
dziś dom ten istnieje, ale już bez gospodarstwa i żywego inwentarza.

Maciej
Gość

Kilka tygodni my u Ciotki w Łowczówku, potem ona z chłopcami u nas. Tam wstawaliśmy o 5 rano, szli do Białej się wykąpać potem w las za grzybami, potem śniadanie i psocenie aż do obiadu, a że obiad późno to żywienie się czym popadło (maliny, jabłka, marchewka prosto z pola). Potem po obiedzie zawsze lody albo inne smakołyki, bo Ciotka nasze grzyby sprzedała w skupie i pieniądze na „używki” 😉 były. Zabawy w okopachmz I wojny, wtedy jeszcze nieźle widocznych i oczywiscie prace gospodarskie, nauczyłem się kosić, ciąć sierpem trawę dla królików, młócić cepami, oporządzać zwierzęta itp. A jak oni… Czytaj więcej »

wojtek
Gość

A ja się urodziłem i wychowałem na letnisku, więc nigdzie nie musiałem jeździć:)

ariadna
Gość

Uwielbiałam spędzać wolny czas u mamy mojej mamy. Przyczyna była prosta – zwykła dziecięca ucieczka od obowiązków. Dawniej dzieci traktowano inaczej, zwłaszcza od dziewczynek wymagano sporo. Działo się tak zwłaszcza wtedy, jeśli miało się jeszcze młodsze rodzeństwo.
Może nie do końca chodziło o ucieczkę, ale także o walory, których u mnie, mieszkającej w bloku, nie mogło być. U Babci była wolność; górki, z których można było zjeżdżać na sankach i lasek, w którym można było bawić się z kuzynostwem, a było nas trochę 😉

Dorota
Gość

Ciekawy temat wywołałeś do tablicy blogowej. Szczerze powiem NIGDY nie byłam na żadnym wiejskim letnisku. Moja rodzina to wielopokoleniowe mieszczuchy, tylko ja wyłamałam się i mam hacjendę na wsi. Nie mam żadnych wspomnień z wsią, bo tak naprawdę, byłam na wsi dopiero w dorosłym życiu. Oczywiście jako dziecko podziwiałam krajobrazy sielskie anielskie, ale było to tylko przy okazji podróżowania. Co ciekawe, mój syn także nie tęskni do wiejskiej ciszy, im bardziej milionowe miasto, tym lepiej tam się czuje. Chyba moja rodzina nie ma genu , który odpowiada za tęsknotę za łonem natury. :)) Pamiętam opowieści moich dziadków jak dorożką jeździli… Czytaj więcej »

Agnieszka Wieczorek
Gość

Była krowa, to zawsze było świeże mleko 🙂
Myślałam, że tylko ja nie lubię jeździć drogami ekspresowymi i autostradami. Moim zdaniem to zabija cały urok podróży. Nie można obserwować świata, bo poza zielonymi ekranami nie widać nic :/
Z wakacji z dzieciństwa najbardziej lubiłam jeździć do Zawozu. Z jednej strony Jezioro Solińskie, z drugiej Bieszczady. To takie piękne miejsce. Aż mi się zachciało tam wrócić jak o nim myślę 🙂

Greenelka
Gość

Hegemonie, zazdroszczę Ci tych pamiętnikow rodzinnych. A jeśli chodzi o wakacje, to ja po prostu jeździłam na kolonie, jak wielu z nas zapewne. No a potem na obozy. Było super, w namiotach, w lesie, pierwsze miłości, ogniska, Pamiętam,że zakochałąm się na umór w chłopcu, który pieknie śpiewał na wieczorku z ogniskiem. Miałam wtedy …7 lat! No a teraz sama mam letnisko. Bo mieszkam na wsi jak może pamietasz i mogę zachowywać się jak chcę. Moge wchodzić na drzewa, moge skakać po trawie, mam jabłonie i orzechy , no i strumyk do moczenia nóg.:)

alElla
Gość

Klik dobry:)
Proszę – przekaż 1% podatku ciężko choremu dziecku w mojej rodzinie.
Z góry dziękujemy!

http://dzieciom.pl/podopieczni/29257

W formularzu PIT proszę wpisać numer: KRS 0000037904 i w rubryce „Informacje uzupełniające – cel szczegółowy 1%” podać: 29257 Kowalik Patrycjusz.

Pozdrawiam serdecznie.

Aneta
Gość
Aneta

Ale piękne historie! Aż chce się zacząć pisać własny pamiętnik. 🙂 Pamiętam, że w dzieciństwie na wakacje jeździłam z dziadkami, a rodzice dojeżdżali w weekendy. Zawsze było to to samo miejsce – niewielki ośrodek z drewnianymi domkami, sporą połacią trawy wokół i Bugiem przepływającym zaraz za ogrodzeniem. Pamiętam gniazdo os na tarasie, dziadka czytającego gazetę i mówiącego „nie skacz po balkonie”, ale już nie tłumaczącego dlaczego, więc pszczoły w końcu mnie użądliły. Babcię, która czytała na leżaku „Panią domu” i dbała, żeby dziecko się wystarczająco opaliło i wybawiło w plastikowym basenie przed domem. Później w to samo miejsce jeździliśmy z… Czytaj więcej »

chomikowa
Gość

Hegemonie! Oj, jaki cudowny, wpis! Ty wiesz, że ja o tych urlopach sama niedawno myślałam? Jeszcze 30 lat temu były pracujące soboty a 100 lat temu w samej robotniczej Łodzi przecież coś takiego jak urlop w ogóle nie istniało. Robotnicy z łódzkich (i nie tylko) fabryk zasuwali 7 dni w tygodniu i to nie po 8godzin… Do tej pory się zastanawiam jak ci ludzie dawali radę organizować sobie życie prywatne… Nie zastanawiałam się nad biurami podróży, dopóki sama nie zaczęłam pracowac za granicą właśnie dla Thomasa Cooka 🙂 Ono niedawno obchodziło 175-lecie istnienia. Facet zaczął swoją pracę od najbliższego grona… Czytaj więcej »

TelefoniczneWyprawy
Gość

Spora dawka historii. Nie wyobrażam sobie teraz podróżować z całym dobytkiem. Mimo że nie potrzebuję luksusów, to mam pewne wymagania odnośnie tego gdzie spędzę noc… ale tak jak ty, najmilej wspominam wypady do rodziny na wieś, gdzie woda była ze studni,a nocleg na sianie

marharetta
Gość
marharetta

właściwie co roku w wakacje jeździłam z rodzicami do różnych miejscowości, raczej nietłocznych. były to wczasy z zakładu pracy mamy, ale nie były to żadne turnusy zorganizowane. w domkach, w których mieszkaliśmy raczej luksusów nie należało oczekiwać, ale wszystkie te wyjazdy wspominam, jako fajne. często zdarzało się, ze jechaliśmy w dwa różne miejsca, a poza tym jeszcze wysyłali mnie na kolonie, które wtedy trwały trzy tygodnie, więc lato zapchane miałam w pełni :))
ps. cieszę się, że mam niedaleko do różnych pagórków 🙂

aksini
Gość

Ostatnie zdjęcie – z pąkami i pajęczyną – jest absolutnie obłędne! Też tak chcę! Piękny, nostalgiczny wpis – ale zdjęcie najlepsze.