Kronika wyjazdów zimowych. Co cieszyło narciarzy przed laty

„Dzisiejszy dzień dla mnie był pod znakiem Kasprowego. Gdy wyruszam z domu reszta domowników pogrążona jest jeszcze w głębokim śnie. Pogoda zapowiada się piękna. Widoczność dobra. Lekki mróz. O 9-tej jestem w Kuźnicach. Wchodzę do poczekalni kolejki linowej. Biletów w kasie oczywiście nie ma. Wszystkim zależy na wyjeździe, podobno za miejscówkę można dostać 300 zł (normalna cena wynosi 28 zł za kurs).”

 

kronika wyjazdów zimowych
Strona tytułowa z roku 1983

W ten sposób tata opisywał początek swojej wyprawy na Kasprowy Wierch w zeszycie noszącym dumną nazwę – Kronika Wyjazdów Zimowych. Lektura „Kroniki” pochłonęła mnie bez reszty. Przez ostatni miesiąc czytałem ją co wieczór. Dzięki niej odkryłem na nowo świat wyjazdów narciarskich schyłkowego PRL. Nie tak odległy czasowo, jednak kompletnie różny od tego, którego doświadczam obecnie. W tym świecie sprzed trzydziestu kilku lat największym wydarzeniem był zjazd narciarski z   Kasprowego Wierchu

Kronika Wyjazdów Zimowych – początki i zasady

Kilka zeszytów w kratkę gęsto zapisanych różnymi rodzajami pisma. Od dziecięcych kulfonów po najbardziej eleganckie litery stawiane przez tatę. On był inicjatorem tworzenia kroniki, ale bardzo dbał o to, aby każdy, kto już opanował sztukę pisania, chociaż raz opowiedział o jednym dniu spędzonym w Małym Cichym.

Kronika Wyjazdów zimowych – pisarskie style

Najwięcej jest relacji taty, mama pisała rzadziej, lecz na długość notek nikt nie był w stanie z nią konkurować. W stylach opowiadania też widać znaczącą różnicę. Ojciec stawiał na konkrety. Podawał dokładne godziny przyjazdów i odjazdów pociągów oraz autobusów, szczegółowo rejestrował znaczniejsze zakupy. Dzięki jego zapiskom wiem, że jednego dnia wybrali się do Murzasichla i nabyli: 6 kg mąki, 8 kg kaszy oraz 15 puszek z wieprzowiną i to wszystko z trudem przytargali do domu oddalonego o dobrą godzinę marszu.

Niekiedy tacie zdarzają się mniej lakoniczne notatki:

„Wstaję o 7.30 i wychodzę na Zgorzelisko. Śnieg zmarznięty – idzie się po nim bardzo dobrze. Żałuję, że nie wziąłem nart, bo zjazd byłby chyba doskonały. Chwilę kontempluję piękną panoramę Tatr i schodzę do domu na śniadanie.”

Mama tworzyła kilkustronicowe elaboraty. Sadzę, że nawet Orzeszkowa mogłaby nabawić się kompleksów, czytając soczyste opisy przyrody, jakie wychodziły spod pióra mojej rodzicielki.

„Później mamy również piękne widoki na skalne zbocze Murania wspaniale oświetlone zachodzącym słońcem, a potem, kiedy brniemy w śniegach Zgorzeliska oglądamy jakby płomienie pod Gerlachem. To płoną w słońcu nagromadzone tam mgły”.

„Dzisiaj rano widoczność była wspaniała, wprawdzie nie tak wspaniała, jak wczoraj, kiedy przed śniadaniem wyszłyśmy na zbocze Zgorzeliska i wprost nie mogłyśmy się napatrzeć na góry – całe Tatry, Babia Góra, wszystko w różowym blasku, niebo błękitne, świeży śnieg pod stopami”

Natomiast notatki dzieci są pełne uroczych błędów ortograficznych, na szczęście nikt ich im nie poprawiał. Mogę więc przeczytać o piciu „cherbaty” na „podwjeczorek”, pałaszowaniu pysznej „kąserwy”, czy udeptywaniu przez narciarzy „pulka” na stoku Zgorzeliska.

kronika wyjazdów zimowych

Do Małego Cichego jechało się saniami

Gdy rodzice po raz pierwszy dotarli do tej tatrzańskiej miejscowości, była ona jak najbardziej godna swojej nazwy. Nawet autobusy PKS tutaj nie docierały. Gazda wyjeżdżał po nas saniami do ościenny miejscowości i zabierał z całym dobytkiem na wynajętą kwaterę. Nie mam zielonego pojęcia, jak udawało się skoordynować całą tę akcję, w epoce w której nie było nie tylko internetu czy smartfonów, ale nawet telefonów stacjonarnych w żadnym z wynajmowanych przez rodziców gospodarstw.

Później, gdy cywilizacja pod postacią rozklekotanych Jelczy oraz Ikarusów, docierała już do Małego Cichego, gazda i tak zazwyczaj wyjeżdżał po nas na przystanek.

„W połowie drogi spotykamy naszego pana gazdę, który wyjechał po nas sankami. Kładziemy na sanie wszystkie bagaże oraz małe dzieci i ruszamy dalej już bez obciążenia, Mieszkanie zastajemy wzorowo wysprzątane. Pod kuchnią buzuje ogień. Wszyscy spragnieni jesteśmy gorącej herbaty, bo od wyjazdu z Łodzi niczego nie piliśmy.”

kronika wyjazdów zimowych

Chałupa na krańcu świata…

Była prawdziwie góralska – zbudowana z drewnianych płazów, uszczelnionych warkoczami ze słomy. Dostawaliśmy do własnej dyspozycji dużą izbę, w której nocowaliśmy wszyscy razem. Liczba mieszkańców izby wahała się od 6 do 9 osób, w zależności od tego ilu ludzi spoza rodziny, zaprosili rodzice na wspólny wyjazd.

Izbę ogrzewała duża kuchnia opalana drewnem. W nocy ogień wygasał i największym wyzwaniem były poranki. Ktoś musiał się wygrzebać z ciepłej pościeli i w przejmującym chłodzie napalić pod rusztem. Zazwyczaj tym bohaterem był ojciec, który wstawał najwcześniej i wykazywał się dużą odpornością na mróz malujący lodowe kwiaty na szybach.

Niełatwo też załatwiało się potrzeby fizjologiczne. Na stanie były dwa wychodki – jeden na zewnątrz, za chałupą, drugi umieszczony na końcu sieni za kotarą. Z tego pierwszego korzystała wyłącznie mama, której nie odstraszała konieczność ubrania butów i ciepłej kurtki, aby wyjść za potrzebą, natomiast cieszyła możliwość oglądania gwiazd doskonale widocznych w szczególnie mroźne noce. W obu wychodkach mróz wcale niedyskretnie podszczypywał w gołe zadki, więc nikt rozsądny nie okupywał toalety dłużej, niż to było absolutnie konieczne.

Kronika wyjazdów zimowych

 

A w Zakopanym tłumy i rewia mody

Pozbawione niemal wszystkich wygód domy w tamtych czasach należały już do rzadkości. Jednak mama uwielbiała miejsca, które opierały się zdobyczom cywilizacji. Na letnie oraz zimowe wyjazdy wyszukiwała chałupy, które poza prądem, żadnych innych wygód nie oferowały. Czasami trafiała się jeszcze bieżąca woda z kranu.

Turyści wypoczywający w Zakopanem czy też Bukowinie zajmowali kwatery z łazienkami. Co prawda nikt wtedy nie zapewniał takich luksusów, jak łazienka w pokoju, ale dostęp do normalnej toalety był gwarantowany.

Zakopane czy Bukowinę omijaliśmy szerokim łukiem. Jeździliśmy tam tylko wtedy, gdy potrzebowaliśmy zrobić większe zakupy. Irytował nas ogromnych ruch samochodów, hałas, tłumy ludzi oraz mnóstwo lansu.

„W Zakopanym, jak zwykle tłumy ludzi, prawdziwa rewia mody: kombinezony, kolorowe kozaki, getry i długie swetry.”

kronika wyjazdów zimowych
Szkatułka kupiona w Zakopanym

 

 

Jeżeli podoba ci się to, o czym piszę, może też zaciekawi cię opowiadanie o „niespodziankach” jakie czekały na narciarza w dawnym Szczyrku?

Zaopatrzenie w czasach późnego PRL

Zakupy były wyzwaniem, szczególnie jeżeli trzeba było nabyć prowiant dla tylu osób. Z Łodzi targaliśmy pękatą torbę z jedzeniem, głównie obiadowym, ale podstawowe produkty musieliśmy zdobywać na miejscu. Czasami dostawało się je w miejscowym sklepie, a czasami trzeba było wędrować po okolicznych miejscowościach.

„Rano zakupy w sklepie. Dostaliśmy pieczywo, masło, dżem i żółty ser, ale trzeba było na to czekać od 9 do 12” Staliśmy więc w kolejce na dwie zmiany. Niekiedy mieliśmy farta i bez problemów kupowaliśmy „chleb, mleko i herbatniki Holenderskie, rewelacyjne, gdyż kosztuje jedna paczka tylko 4.50. Łącznie mamy ich aż 25 paczek i tata obawia się, że spleśnieją. Powiesiliśmy je nad piecem, więc może nie będzie tak źle”.

Pieniądze z czasów PRL
Pieniądze z czasów PRL

Kronika Wyjazdów Zimowych – skromne obiady

Niezależnie, kto był autorem notatki w Kronice, zawsze zapisywał, co było na obiad. Dzięki temu mogę prześledzić menu na przestrzeni kilkunastu lat.

„Około 15 robimy małą przerwę na prosty obiad – zupa cebulowa w proszku oraz wspaniały błyskawiczny budyń i znów wychodzimy na narty, by w ostatnim dniu wykorzystać do maksimum możliwości zjazdów.”

Posiłki były skromne. Często składały się z zupy w proszku oraz kisielu lub budyniu z torebki. Czasami tylko pojawiały się rarytasy, jak gołąbki podarowane przez gaździnę czy kotlety schabowe, gdy udało się dostać w sklepie mięso.

„Siadamy do obiadu. Jemy odsmażaną kiełbasę z ziemniakami i kapustą, a na deser pijemy herbatę z pierniczkami.”

kronika wyjazdów zimowych
Oprócz tekstu i zdjęć w Kronice pojawiają się też rysunki

Gry i zabawy oraz opowiadania taty

W styczniu i na początku lutego szybko zapadają ciemności. Do zagospodarowania pozostawały długie wieczory spędzane we wspólnej izbie. Wypełniały je przeróżne gry i zabawy. Uczestniczyły w nich zarówno dzieci, jak i dorośli.

„Graliśmy z tatą trochę w bierki. Bardzo fajna gra. Ciekawe dlaczego tak rzadko w nią gramy?”. „Wieczorem gramy w garibaldkę i nerwusa z Kamilą” „Dzieci zabierają się teraz do różnych gier – składania wyrazów, odgadywania osób, makao.”.

Najbardziej zacięte batalie toczyły się podczas gry w pchełki. Na wieczorne pchełkowe turnieje masowo schodzili się znajomi rodziców wynajmujący kwatery w okolicznych domach, by z wypiekami na twarzy rywalizować o zaszczytne miano najlepszego pchełkarza.

Kto z was gra od czasu do czasu w proste gry towarzyskie – kości, karty, bierki czy pchełki? Pamiętacie jeszcze zasady i reguły?

Gdy tata był w dobrym nastroju opowiadał nam wymyślone na poczekaniu historyjki o Pankracusiu i Serwacusiu. W opowieściach tych kreował świat równoległy do naszego. Każde dziecko i każda dorosła osoba miała w nim swojego odpowiednika o śmiesznym imieniu. Ja byłem Pankracusiem, a moja siostra Serwacusiem.

„Po obiedzie tata opowiadał o Pankracusiu i Serwacusiu, a dzieciaki zanosiły się od śmiechu. Nawet pani gospodyni przyszła posłuchać opowiadania.” Pankracuś z Serwacusiem i całą resztą rodziny oraz licznymi znajomymi wędrowali po górskich szlakach docierając na Halę Mrówkową, Melchiorowy Wierch czy do Dębowiny. Odgadniecie jakie to znane tatrzańskie miejsca kryją się pod tymi nazwami?

gra pchełki
pchełki

Narty, sanki i ubijanie pólka

Całe dnie spędzaliśmy na dworze jeżdżąc na nartach lub sankach. Konstrukcja sanek nie zmieniła się przez te wszystkie lata, natomiast sprzęt narciarski uległ znaczącym przeobrażeniom. Buty, tak zwane „narciary”, sprawdzały się zarówno w zjazdach, jak na pieszych wędrówkach. Maszerowało się w nich w miarę wygodnie przez kilka godzin z nartami na plecach, by w drodze powrotnej wpiąć je w wiązania i swobodnie zjechać do domu. W dzisiejszych butach narciarskich, przypominających pancerne skorupy, postawienie zaledwie kilku kroków, stanowi nie lada wyzwanie. Dlatego współczesne narciarstwo niemal całkowicie wyeliminowało konieczność chodzenia.

Wyciągi były rzadkością. W Małym Cichym podchodziło się na stok Zgorzeliska udeptując tak zwane ”pólko”, po którym się potem szusowało w dół. Nie zawsze ubite dużym nakładem sił pólko przetrwało do dnia następnego.

„Po śniadaniu idziemy wszyscy na narty na stok Zgorzeliska w górnej jego partii pod lasem (tam gdzie jeździliśmy wczoraj). Nasze wczorajsze pólko całkiem zasypane, musimy je ubijać od nowa, ale idzie nam to sprawnie i po chwili zjazdy są wyśmienite.”

Na jednym ze stoków Zgorzeliska pracował wyciąg. Orczykowy, krótki, napędzany przedpotopowym silnikiem. Stanowił pewne urozmaicenie w stosunku do ubijanych pólek. Niekiedy tam wędrowaliśmy, jednak: „po dwóch godzinach mamy prawie wszyscy dość wyciągu, Zwłaszcza dokucza nam terkotanie silnika i zapach spalin, a już najbardziej muzyczka z głośniczka. Wracamy więc na nasze pólko za domem.”

Jedyną osobą, która nie korzystała z wyciągu, była mama. W narciarstwie preferowała bardziej swojskie klimaty: „Zjeżdżałam ze Zgorzeliska od kupy gnoju do psiej budy u Pawlikowskich. Trzeba było tak zjeżdżać, aby nie wpaść w paszczę straszliwie rozszczekanego owczarka”.

Alternatywą dla zjazdów narciarskich było sanczkowanie. Często sanki służyły, jako mobilna ławka, którą można było ustawić w słońcu i się opalać lub podziwiać widoki górskie. Jazda na sankach nie zawsze była bezpieczna:

„Tutaj jednak zmarznięty śnieg stawiał nam opór. Trudno było utrzymać sanki. Mieliśmy przykre i niebezpieczne upadki. Judyta uszkodziła sobie zęby”

kronika wyjazdów zimowych

Kronika Wyjazdów Zimowych – wycieczki

Gdy wyjeżdża się w góry na dwa tygodnie ferii zimowych, to ciągłe jeżdżenie na sankach i nartach może się znudzić. Pobyt urozmaicały piesze wycieczki. Najczęściej na Wiktorówki, Rusinową Polanę i Gęsią Szyję lub Suchą Wodą do schroniska w Murowańcu. Sama wędrówka zawsze budziła entuzjazm mamy. „Wreszcie pogoda! Słońce, wspaniała widoczność. Świat wypełniony bielą, blaskiem, błękitem – tylko zimą w Tatrach może być tak pięknie. Ciągniemy saneczki. W torbie mamy po dwie kanapki ze smalcem i kwaśne w środku landrynki”

„Dzieci wspinają się na zbocza Gęsiej, by zjeżdżać na siedzeniach. Ja idę z sankami. Śnieżna pustynia. Na śniegu żadnych śladów, idealna biel, trochę ciemniejsze plamy zlodowaceń przeplatane jasnością puchu. Aż strach niszczyć tę nieskalaną powierzchnię i po prostu boję się, że ktoś mnie za to skarci. Dwukrotnie zjeżdżam do podnóża Gęsiej.”

Niestety schronisko w Murowańcu nie wzbudzało już takiego entuzjazmu:

„Wykupujemy herbatę (3 zł), piwo (11 zł) fasolkę szparagową (10 zł) i zupę pieczarkową (7zł). Odbiór tego obiadu, choć przy okienku stoi zaledwie kilka osób, zajmuje nam prawie godzinę. Organizacja wydawania posiłków jest do niczego.”

„Z trudem udaje nam się zdobyć siedzące miejsce, ale o herbacie nie ma co marzyć trzeba by z pół godziny stać w kolejce. Agata jest gotowa to zrobić, ale my się na to nie zgadzamy.”

„Wreszcie dochodzimy do schroniska na Gąsienicowej. Bierzemy herbatę po 3 złote, a w kolejce czekamy pół godziny”

kronika wyjazdów zimowych

Narciarskie wyprawy na Kasprowy Wierch…

…były ukoronowaniem pobytu w Tatrach. W wyprawach uczestniczyli tylko najlepiej jeżdżący. Trzeba było wstać z samego rana, by zdążyć na autobus do Zakopanego, a potem następny do Kuźnic. Zawsze istniało ryzyko, że kierowca się obrazi i nie zabierze podróżnych. Wtedy pozostawał długi i uciążliwy marsz doliną Suchej Wody.

Zjazd z Kasprowego był sporym wyzwaniem dla „pólkowych” narciarzy. Nawet tata, który był inicjatorem tych wypraw, zachowywał daleko posuniętą ostrożność. „Początkowo jest bardzo stromo. Zjeżdżam wskos stoku hamując co chwila ześlizgiem. Nieco niżej zdobywam się na odwagę i ruszam krystianiami łączonymi. Nawet mi coś wychodzi, choć może niezbyt efektownie. Zjazd robi się mniej stromy i daje coraz więcej satysfakcji. Tylko nogi trochę słabe i muszę się co pewien czas zatrzymywać, by odpocząć.”

Lecz aby zjechać, wpierw należało wjechać na szczyt Kasprowego, co nie było takie proste. Tata tylko raz zdobył miejscówkę na kolejkę linową, w kolejnych latach wędrowaliśmy pieszo z nartami na plecach z Kuźnic do doliny Goryczkowej lub Gąsienicowej. Na wjazd wyciągiem trzeba było czekać w kolejce – czasami krótszej 10-15 minutowej, częściej staliśmy godzinę, a nawet dłużej.

Na znużonych wędrowców zmierzających na Kasprowy czaiła się jeszcze jedna „niespodzianka”:

„Po 1,5 godz forsownego marszu docieramy do Hali Gąsienicowej. Jesteśmy solidnie zmarznięci, więc z przyjemnością wchodzimy do schroniska, gdzie wypijamy herbatę. Po krótkim odpoczynku ruszamy dalej w kierunku zboczy Kasprowego. Wyciąg nadal nie kursuje, postanawiamy więc podchodzić pieszo. Na trasie spotykamy nielicznych turystów. Niektórzy, podobnie jak my, niosą na plecach narty. Dzięki temu, że nie kursują wyciągi, na zboczu Kasprowego jest wyjątkowo spokojnie. Wyobrażamy sobie, że tak wyglądały wycieczki narciarskie w czasach, gdy ludziom się nie śniło o żadnych wyciągach”.

Nigdy nie udało nam się zjechać z Kasprowego więcej niż trzy razy, a bywało i tak, że musieliśmy się zadowolić jednym lub dwoma zjazdami. Na koniec czekała nas jeszcze długa droga powrotna do domu – na własnych nogach lub dwoma nieziemsko zatłoczonymi autobusami.

Kto w dzisiejszych czasach narażałby się na aż takie niedogodności? Wtedy byliśmy gotowi nawet na większe poświęcenia, aby tylko zjechać mitycznymi zboczami Kasprowego. Był to moment dumy i chwały, na który czekało się z niecierpliwością przez cały rok.

kronika wyjazdów zimowych

Suniemy od Tatr ku Łodzi

W całym wyjeździe najtrudniejsza była podróż. Nie dość, że pociąg jechał przeraźliwie długo (11 godzin), to zazwyczaj był zatłoczony i spóźniony. Opóźnienie 45 minutowe było traktowane, jako niewielkie.

Męczyła nie tylko sama podróż, ale też oczekiwanie. Pociąg do Zakopanego docierał przed 5 rano, a pierwszy autobus do Małego Cichego odchodził ponad godzinę później. Poczekalnia PKS zamknięta na głucho, a w kolejowej często brakowało ogrzewania. Droga powrotna nie była łatwiejsza. Ostatni autobus z Małego Cichego przyjeżdżał do Zakopanego między 20.00, a 21.00, a pociąg odchodził po północy. Poczekalnie oraz wszelkie pobliskie bary zamykano o 22.00. Dzieci nie lubiły podróży

„Podróż do Łodzi była nieciekawa – jak każda zresztą podróż. W pociągu tłok, w autobusie tłok, w tramwaju tłok” – pisała moja siostra Agata. Rodzice mieli większy dystans do rzeczywistości i jeżeli w przedziale siedziało tylko 8 osób, a nie 9 czy 10, jak to często bywało, uznawali podróż za całkiem przyjemną.

Niekiedy nie tłok, a inne usterki „urozmaicały” podróż koleją. Na samoczynnie otwierające się okno: „nie pomaga nawet smycz Fokusa (naszego psa). Chwilami, kiedy pociąg przyśpiesza, mam wrażenie, że pędzimy na sankach. Za oknami śnieg, świst wiatru, suniemy od Tatr ku Łodzi.”

kronika wyjazdów zimowych

Autobusy – chamstwa nic nie usprawiedliwia

Podziwiam rodziców za umiejętność znajdowania dobrych stron w każdej niedogodności. Taka była ówczesna rzeczywistość i trzeba było nauczyć się w niej jakoś egzystować, by cieszyć się życiem. Jednak trudno pogodzić się ze zwykła ludzką, bezinteresowną podłością, w której celowali kierowcy zakopiańskiego PKS. W żadnym innym regionie taka patologia nie występowała. Tracili na niej wszyscy – zarówno przyjezdni, jak i wynajmujący turystom kwatery górale. Nawet prasa przebąkiwała o problemie. Normą było niepodjeżdżanie na przystanki lub nie zabieranie pasażerów według indywidualnego widzimisię kierującego pojazdem.

Gdy nie podstawili rozkładowego autobusu czasami skutkowała awantura, którą zrobiła dyżurnemu ruchu matka czekająca ponad godzinę na mrozie z gromadką małych dzieci. Częściej dochodziło do scen iście dantejskich. „Na dworcu jesteśmy o 13.30, mamy więc jeszcze 15 minut czasu, a tymczasem z przerażeniem patrzymy na tłumy ludzi stojące na przystanku. Za chwilę podstawiają wóz z pięknymi siedzeniami. Tłum rzuca się do drzwi. Kierowca krzyczy, by zachować spokój, komuś zgniatają dziecko, część która wsiadła, wysiada, gdyż okazało się, że to zły autobus. Wreszcie kierowca zamyka nam drzwi przed nosem, gdyż miejsca siedzące wszystkie zajęte i na nic nasze prośby. Cóż dalej robić?”

„Wstajemy koło szóstej i wychodzimy na autobus. Najpierw Judyta szykuje kanapki z pasztetem drobiowym. Na przystanku czekamy na autobus, który stoi na poboczu. Złośliwy kierowca nie zabrał nas mówiąc, że zabiera z biletami miesięcznymi.” Inny kierowca nie wpuszczał turystów, którzy nie mieli nart w pokrowcach, a kolejny miał zwyczaj nie zatrzymywać się na przystankach, gdy tylko dostrzegł narciarzy.

kronika wyjazdów zimowych

Kronika Wyjazdów Narciarskich – zapiski ze szczęśliwego życia

„Przepiękne widoki, cisza, zapach lasów i zagajników, jesteśmy wreszcie w Tatrach, czujemy ich bliskość.”

Kronika Wyjazdów Zimowych, gdy ją czytam, to czuję bijącą z niej pozytywną energię. Mimo absolutnie nie luksusowych warunków mieszkaniowych czy kłopotów z zaopatrzeniem, wszyscy cieszyli się z tych wyjazdów. Wystarczały rozległe widoki, ubite pólko za domem, szalone zjazdy na sankach oraz towarzystwo do gier wszelakich.

„Ze szczytu kilkoma skrętami zjechałam lekko w dół. Takich wspaniałych zjazdów nie miałam chyba nigdy w życiu” – relacjonowała mama. „Był to dla mnie naprawdę piękny dzień.” – napisał tata, gdy wrócił z męczącej wyprawy na Kasprowy Wierch.

A po powrocie do Łodzi zgodnie stwierdzają: „Przykro nam, że nie jesteśmy już w Małym Cichym. Pocieszamy się myślą, że za rok będziemy tam znowu.”

kronika wyjazdów zimowych

Dodaj komentarz

62 komentarzy do "Kronika wyjazdów zimowych. Co cieszyło narciarzy przed laty"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Anna
Gość
Jakie piękne… ja swoje narciarskie początki miałam nieco wczesniej, bo na przełomie lat sześdziesiątych i siedemdziesiątych, w Beskidach. Szczególnie często jeździłam w Wiśle i w Ustroniu. Miałam wtedy kilka lat… jako dziesięciolatka jeździłam juz na zorganizowane zimowiska w Wiśle – Kozińcach, gdzie dojeżdżało sie tylko na Kubalonkę, a potem trzeba było iść pieszo, czasem w śniegu po pas, a sanie wiozły nasze bagaże i narty. O rany, jakie to było piękne… A potem cudowne zjazdy, pierwsz epróby z wyciągami – wyrwirączkami, ale głównie bieganie pod górę z nartami, by jeszcze raz zjechać. Kasprowy nigdy mnie nie kręcił, nie moja bajka,… Czytaj więcej »
Matka na Szczycie
Gość

Ale super! Rewelacyjna, piękna pamiątka! A ja to w ogóle mam sentyment do tamtych czasów, myślę, że żyło się wtedy o wiele spokojniej i normalniej.

jotka
Gość

To prawdziwy skarb, taka kronika 🙂 Masz rację, ze nasi rodzice byli mistrzami w radzeniu sobie we wszelkich sytuacjach ekstremalnych, od zaopatrzenia po wakacje. My zima raczej nie wyjeżdżaliśmy, moze tylko na wieś, za to całe lato było jednym wielkim wyjazdem.
Dane mi było przeczytać pamiętnik pewnego pana , który dobiega 90-ki, a teraz pisze drugi tom, obiecałam sobie napisać o nim, bo robiłam notatki.
Do Zakopanego nie jeździmy od lat, nie ten klimat i nie ma już pani Zosi…

Bernadeta
Gość

Super tekst. Nie znam gór i mnie do nich nie ciągnie i pewnie dlatego dla mnie najważniejsza w nim jest sama Kronika. Poruszające i wzruszające.

Maciej
Gość

Tacy rodzice to skarb.
Pomysł z kroniką jest rewelacyjny.

W górach było by pięknie gdyby nie górale. To myśl mojego kolegi i raczej trafna. Owszem dziś takich buców jak ówcześni kierowcy PKSu spotkać trudniej, albo się lepiej maskują, ale sam mam „dziwne” z nimi wspomnienia.

Ewa (Ind)
Gość

Cudowna pamiątka taka kronika. Obudziłeś moje wspomnienia- wspinaczka z tatą dźwigającym narty na Szyndzielnię, zimowiska na Skrzycznem, wstawanie o świcie (wyjeżdżaliśmy tylko na niedzielę) i marznięcie w kolejkach do wyciągu. Jak ja tego nie lubiłam! Chociaż wieczorem zawsze mówiłam, że było warto.

wojtek
Gość

Pamiętam, jak buntowałem się, gdy ojciec zmuszał mnie do zapisków na temat naszych wyjazdów. Nie cierpiałem tego, gdyż wolałem szaleć po lasach, a teraz … żałuję. Takie zeszyty, to coś niezwykłego i z biegiem czasu ich niezwykłość będzie coraz większa. Na Twoim miejscu spróbowałbym wydać Wasze wspomnienia. To kapitalna lektura dla kogoś, kto kocha góry i narty, ale urodził się w nudnych czasach kapitalizmu. Wiem coś na ten temat, gdyż moi studenci o PRL-owskich czasach nie wiedzą prawie nic, ale słuchać bardzo lubią:)

Ultra
Gość

A ja nie wpadłam na pomysł, by notować wyjazdy do Białki, Szaflar, Cichego, Wysokiego. Współcześnie Ciche to full wypas, więc równie drogo jak w Zakopanem.
To już wiem, po kim dziedziczysz talent do podróży i wojaży.
Serdecznie pozdrawiam

Kamila
Gość

Niesamowita historia (historie)!. Niespotykane podejście do wychowania dzieci – z takim pieczołowitym tworzeniem pamiętników wyjazdowych. My z każdego wyjazdu przywozimy mnóstwo zdjęć, staramy się tworzyć fotoksiążki, ale nie ma w tym takiej duszy, jak w odręcznych zapiskach (po latach są jeszcze cenniejsze). Wychowywaliśmy się w latach 70tych i 80tych i nasi rodzice podchodzili raczej ozięble do takich kwestii – tym bardziej zazdrościmy takich wspomnień i pamiątek. Inspirujesz :).

paulina
Gość

Taka Kronika to niezwykła pamiątka, fantastyczny pomysł i niezwykłe wspomnienia. Bardzo mnie ujęły opisy Twoich rodziców. Tu wybrzmiewają nie tylko fakty i obserwacje z tamtych lat, ale również emocje towarzyszące wyprawom. Genialne:)

Dorota
Gość

Piękne wspomnienia, pamiątka dla pokoleń:) Mam pełno listów, które pisałam i dostawałam od rodziny, gdy byłam dzieckiem, wiem, jakie to uczucie, gdy się wraca do tamtych chwil, aż ciarki przechodzą 🙂

Kejt
Gość

Dziękuję za ten tekst. Wspaniale się go czytało i przeglądało Kronikę :). Wszystko takie obrazowe…w głowie malowały się te widoki 🙂

Ania
Gość

Wspaniała pamiątka.. Podziwiam w ogóle zaangażowanie całej rodziny w pisanie i tworzenie tego pamiętnika, fajna idea. A, i przypomniałeś mi o grze w pchełki! My teraz mamy taki czas, że gramy coraz częściej – będzie jeszcze jedna gra do wykorzystania 🙂

ariadna
Gość

O jacie! Ale pamiątka! Wiesz za co podziwiam Twoich rodziców? Za to, że im się chciało prowadzić taką kronikę. Pokaż mi rodzinę, która może poszczycić się wspomnieniami ujętymi w tak wspaniały sposób 🙂

Greenelka
Gość
Co za wspaniałe przeżycia! Ja kiedyś, nastolatką będąc, zapragnęłam w swojej chęci przeżycia przygody zanocować na Kasprowym. Byłam ze swoim chłopakiem i nie mieliśmy naturalnie żadnego potrzebnego wyposażenia. Na sobie tylko swetry., a był już wrzesień Znaleźliśmy bacówkę i tam spędziliśmy noc. Całe szczęście, że dotarł do nas turysta z zapałkami i prowiantem, bo nie przetrwalibyśmy. Z przygotowanego drewna rozpaliliśmy ognisko i dotrwaliśmy przy nim do rana. A właściwie do .czwartej rano, bo o tej porze piłowaliśmy drewno, żeby się rozgrzać. Schodziliśmy z góry o piątej .:) Kiedy byliśmy na dole, inni dopiero wybierali się w odwrotnym kierunku.:)
Jaga
Gość

ja……….pchełki, bierki chińczyk :))))) czerwona stówka 🙂 temu dawno 🙂 ale miło że ktoś to jeszcze pamięta

Marharetta
Gość
cudowna sprawa z ta kroniką. świetny pomysł i nie dziwię się, ze wciągnęła Cię bez reszty. pamiętam, ze kiedy byłam w liceum kilka razy w zimie ze znajomymi wybraliśmy się do chaty rodziców jednej z koleżanek. drewniana wygódka na zewnątrz, brak wody i kominek. kompletnie mi to nie przeszkadzało, a wręcz odwrotnie. miało urok. nie jestem jednak pewna, czy już nie rozwydrzyłam się na tyle, ze teraz takie warunki nie wydawałyby mi się urokliwymi 🙂 co do jazdy pks, to trochę za dzieciaka też się najeździłam. z tego co pamiętam autobusy zawsze były opóźnione. czasami się nie pojawiały. ale. jako,… Czytaj więcej »
Babownia
Gość

Moje pierwsze spotkanie z nartami to rok 1989 🙂 moi rodzice nie jeździli, a zabrał mnie mój chłopak, czyli obecny mąż 😀 mamy dość blisko w Bieszczady, więc nie jeździliśmy do Zakopanego. Woleliśmy wypady na dzień lub dwa w wolnej chwili. Pierwszy tydzień był trudny. Jeździłam w dżinsach, bo nie miałam „stylowych” portek. Uczyłam się, więc po całym dniu zmieniały się w skorupę. Ale duch był silny, więc ciało sie wtedy nie liczyło 😀 Teraz mogę do tego tylko powzdychać … szkoda, że nie pisałam takiej kroniki 🙂

linka
Gość

Świetna sprawa, nie muszę mówić, że dla mnie rysunki najbardziej wymiatają, szczególnie okładka 😀 zawsze gdy znajdę jakiś odręczny list, albo kartkę to mi się ciepło robi na serduchu, a gdzie tu cała Kronika. Śmiałabym się i ryczała na przemian do odwodnienia.

dahutt
Gość

Piękna sprawa – zastanów się, czy nie wydać w całości w formie tradycyjnej, papierowej? Bo za czas ‚niezadługi’ Twoja kronika będzie miała wartość historyczną i trzeba ocalić od zapomnienia… „W stronę Pysznej” – tak sobie wyobrażam oprawę graficzną Twojej Kroniki.

Maks
Gość

Fajna sprawa z tymi pamiętnikami i kronikami rodziców. Teraz wszystko można opisać na portalu społecznościowym czy blogu, a dawniej ludzie musieli pisać tylko do szuflady..
Czyli Zakopane niewiele się zmieniło od czasów komuny 😉
Dobrze, że przynajmniej transport dzisiaj jest dużo lepszy.
Pozdrawiam 🙂