Czego nauczył mnie wyjazd na narty z rodzicami – Chopok część 2

Jazdę na nartach pokochałem już we wczesnym dzieciństwie. Co roku z rodzicami spędzaliśmy ferie zimowe w miejscach pięknych i odludnych, gdzie infrastruktura narciarska pozostawiała wiele do życzenia. Zazwyczaj po prostu wcale jej nie było…

tatry slowackie
Okolice Liptowskiej Mary

Gdy dorosłem, poznałem „uroki” polskich „stacji narciarskich” w Szczyrku i Korbielowie, a gdy wreszcie zacząłem zarabiać przyzwoite pieniądze, spełniłem wielkie marzenie i ruszyłem na podbój alpejskich stoków. W Alpach zaskoczyła mnie mnogość tras zjazdowych, świetna infrastruktura oraz darmowe skibusy dowożące narciarzy pod wyciągi. Prawdziwy narciarski raj, z którego za każdym razem wracałem… sfrustrowany i zmęczony. Nie miałem pojęcia dlaczego? Przecież nie było żadnego powodu do narzekania! Odpowiedź poznałem pewnej zimy spędzonej z rodzicami na Słowacji, kiedy to w wyniku splotu nieszczęśliwych zdarzeń, znalazłem się tam z nimi zupełnie sam…

P.S. Wszystkich, którzy nie czytali pierwszej części, zachęcam do zapoznania się najpierw z poprzednim tekstem.

Wyjazdy z rodzicami

Zazdrościłem moim znajomym dobrych relacji z rodzicami i tego, że potrafili ich zabierać na swoje wyjazdy. Przez kilka lat uczestnikiem naszych spływów kajakowych był ojciec Kuzyna Tomusia, czyli jeden ze Starszych Panów (więcej o starszych panach przeczytasz w osobnym artykule). I chociaż dzieliła nas różnica pokolenia, jego obecność była wartością dodaną.

Czego nauczył mnie wyjazd
Zima na Słowacji

Ucieszyłem się więc, gdy pewnego razu mój tata zapytał, czy nie zabrałbym go ze sobą na narty. Jednorazowy eksperyment przerodził się w kilkuletnią tradycję, a ojca do szusowania po górskich stokach nie zniechęcił ani przebyty zawał, ani udar. W pewnym momencie do wyjazdów dołączyła też mama. Układ ten cieszył mnie w sytuacji, gdy rodzice stanowili dodatek do mojego towarzystwa lecz gdy okazało się, że rodzice są jedynym towarzystwem, nie byłem już tak zachwycony.

Olśnienie – mam przed sobą dwa wyjścia

Gdy Tomuś wrócił do Polski (patrz: narty na Chopoku cz.1), nasze życie nagle zwolniło. Początkowo załamałem się.

– Z kim ja teraz będę jeździł na nartach? – myślałem – Przecież umiejętności taty ograniczają się do zbyt łatwych i zbyt nudnych tras!

Długo oczekiwany urlop w górach jawił się niczym ciemne chmury kłębiące się za oknem. Stałem i bez entuzjazmu gapiłem się na padający śnieg. Nagle przyszło olśnienie. Zrozumiałem, że mam dwa wyjścia. Pierwsze, to trwać w pozie męczennika, którego okrutny los skazał na samotny wyjazd z rodzicami, drugie, to zaprojektować wyjazd tak, aby czerpać z niego jak najwięcej satysfakcji. Wybrałem drugie rozwiązanie.

Przy okazji odkryłem, dlaczego nie potrafiłem cieszyć się luksusem, jaki oferowały alpejskie kurorty. Uświadomiłem sobie, że pobyt w kurortach mnie męczy. Wolę coś mniejszego, bardziej kameralnego, mniej zatłoczonego. Nie znoszę powszechnego parcia, że jak zapłaciłem za karnet, to muszę jeździć na nartach od rana do ciemnej nocy. Tak długo, jak czynne są wyciągi. Mimo ogromnej miłości do nart, cztery godziny na stoku w zupełności mi wystarczają, resztę czasu chciałbym poświęcić fotografowaniu, poznawaniu okolic lub wycieczkach na nartach biegowych, tourowych czy rakietach śnieżnych.

Na Słowacji po raz pierwszy nie znajdowałem się pod presją znajomych, aby jeździć, jeździć, jeździć. Wreszcie mogłem robić to, na co miałem ochotę. Każdy dzień podzieliłem na trzy części – jazdę na nartach, zwiedzanie okolic i wieczorne rozmowy przy kuchennym stole. Rodzice byli zachwyceni.

Zwiedzamy Słowację 1 – Vlkolinec

Niewielka wieś położona wysoko na wzgórzu w paśmie Wielkiej Fatry. Administracyjnie należy do Rużemboroka, ale praktycznie leży na odludziu. Jego wyjątkowość wynika z faktu, że niemal w całości jest zabudowany drewnianymi chałupami krytymi gontem. Prawie nic się tutaj nie zmieniło od XIX wieku. Nie jest to skansen, domy są zamieszkałe, zwiedzać można tylko jeden zamieniony na muzeum. Na urodę miejsca niewątpliwie wpływa spójność architektoniczna oraz przepiękne położenie wśród gór. Vlkolinec od 1993 r wpisany jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Vlkolinec
Vlkolinec


Zniknięcie stołeczka

Na nartach jeździłem z tatą, natomiast mama spacerowała po okolicznych wzniesieniach lub zostawała w domu. W takie dni tata wynosił na dwór znaleziony w łazience stołeczek. Mama siadała przed domem i spokojnie kontemplowała widoki. Zazwyczaj w towarzystwie psa i kota gospodarzy.

Pewnego dnia wszystko się skomplikowało. Stołeczek przepadł bez wieści. Podejrzenie padło na Litwinów, którzy zamieszkali w pokojach na dole. A Litwini, jak to onegdaj pisał Mickiewicz, z nocnej wracali wycieczki i zakosili pozostawiony na dworze stołeczek. Rozpacz mamy była ogromna. Korzystanie z łazienki, jak i zwykłe wyjście przed dom straciły wiele ze swojego uroku.

– Jaka szkoda, że nie pomyśleliśmy, aby ten stołeczek przynieść z dworu, teraz straszna bieda bez niego! – powtarzała wzdychając ciężko

kot gospodarzy
kot gospodarzy

Musiała być bardzo zdeterminowana, by odzyskać cenny mebel, gdyż zakradła się do Litwinów, aby przetrząsnąć im łazienkę. Niestety, nic nie znalazła. Spryciarze nieźle ukryli cenną zdobycz!

Wreszcie wypatrzyła pod szopą krzesła ogrodowe i wysłała tatę z misją specjalną, aby jedno takie siedzisko jej przytachał. Kontemplacja widoków mogła odbywać się bez przeszkód, natomiast łazienka bez stołeczka wydawała się dramatycznie pusta.

Najlepsze oświetlenie

Wieczorne rozmowy przy kuchennym stole poprzedzał rytuał wieszania lampki. Niezależnie od kraju, pomieszczenia wynajmowane turystom cierpią na brak rozsądnego oświetlenia punktowego – praktycznie nigdzie nie ma lampek przy łóżkach, czy dobrego światła nad stołami kuchennymi. Tata nauczony wieloletnim doświadczeniem zawsze woził ze sobą lampkę przyczepianą na klips oraz przedłużacz, bo zazwyczaj jedyne gniazdko elektryczne znajdowało się w kącie przeciwległym do tego, gdzie najbardziej przydałoby się oświetlenie. Niestety, w naszej kuchni brakowało też miejsc, gdzie przywiezioną lampkę można by przyczepić. W poszukiwaniu idealnych warunków, Tata eksperymentował co wieczór, jednak bez sukcesu. Kończyło się tym, że albo ktoś miał światło prosto w oczy, albo siedział zaplątany w przewód elektryczny.

Zwiedzamy Słowację 2 – zamek Orawski

Wygląda niczym autentyczne orle gniazdo, uczepione wyniosłej skały opadającej stromym urwiskiem w kierunku rzeki Orawy. Zamek wydaje się nie do zdobycia. I faktycznie nikt go nigdy nie zdobył. Fortecy mogła skutecznie bronić załoga składająca się wyłącznie z kilku ludzi. Zwiedzanie wymaga dobrej kondycji, gdyż pokonuje się niezliczoną ilość schodów, zanim dotrze się na samą górę. Potem tymi stromymi schodami trzeba jeszcze zejść na dół. Oprowadza przewodnik, często jest to osoba, która świetnie zna język polski.

Zamek Orawski
Zamek Orawski

Jedzenie trzeba wykorzystywać racjonalnie…

Rodzice przed wyjazdem przyszykowali torbę z jedzeniem, którą… zapomnieli zabrać ze sobą. Byli więc skazani na zakupy w miejscowych sklepach. I chociaż procesy globalizacyjne upodobniły do siebie wszystkie markety w Europie, to jednak zachowały się regionalne różnice. Dlatego czasami rodzice kupowali coś, co nie do końca smakowało tak, jak sobie wyobrażali.

– Jacusiu, czy mamy jeszcze jakiś chleb? – zainteresowała się mama

– Tak, mamy, a dlaczego pytasz?

– Bo ten na stole, to delikatnie mówiąc, najlepszy nie jest…

– Jak zjemy ten, to wtedy mogę dać następny!

– Może jednak…?

– Nie ma mowy!

Tata pozostawał nieugięty. Wszystko musiało być zjedzone do czysta, nic nie mogło się zmarnować, nawet ser, który smakował wyjątkowo podle, a doprawiony jogurtem jeszcze gorzej. Mamie, która smakoszem nie jest, nawet niesmaczny ser nie był w stanie odebrać radości z wyjazdunarty

Kwatery w Polsce, kwatery na Słowacji…

– Jak tutaj jest ładnie – powtarzała nieustannie – piękne widoki, a i mieszkanie bardzo przyjemne…

– Tak – podchwyciłem – za to właśnie cenię Słowację. Przestronne pokoje z łazienkami, a w Polsce? Czy to w Szczyrku, czy to w Białce, niewielkie izdebki, a jedna łazienka przypada na 20 osób…

– No, w Białce było trochę lepiej – wtrącił tata.

– Ale niewiele….

– Rzeczywiście! Miałem do dyspozycji pokój jak ćwierć tej kuchni i była to dwójka. A gospodarz pilnował, aby nie gotować w czajniku elektrycznym, tylko na gazie pozwalał…

– Co ty powiesz? – zdziwiła się mama – To aż tak złe warunki tam były?

– Może nie aż tak złe… Gospodarz w gruncie rzeczy był bardzo sympatyczny, lecz warunki tak prymitywne, jak niegdyś w Małym Cichym…

– Oooo! – krzyknęła dotknięta do żywego mama – Ja nic na Małe Ciche nie dam powiedzieć! Było wspaniale, wszyscy się tam dobrze czuliśmy!

– Ale warunki były prymitywne, sama musisz przyznać?! – próbował bronić się tata

– I co z tego?! I co z tego?! – święte oburzenie mamy osiągnęło skalę tornada – Co z tego, że wychodek był za zasłoną, a drugi na dworze! Nawet w duże mrozy tam wychodziłam. Nie zamykałam drzwi, by móc podziwiać nocne, rozgwieżdżone niebo! Szczególnie pięknie widać było Wielki Wóz, który dyszlem niemal dotykał dachu wychodka!

Zwiedzamy Słowację 3 – kościół artykularny w Świętym Krzyżu (Svätý Kríž )

Pierwotnie wzniesiony w miejscowości Paludza, która została zalana wodami zalewu Liptovska Mara. Świątynia z zewnątrz wygląda niepozornie, jednak wnętrze jest ogromne, podobno może pomieścić aż cztery tysiące wiernych. Co ciekawe, budowla została wzniesiona przez mistrza ciesielskiego, który nie umiał ani czytać, ani pisać, a dał radę wznieść obiekt uznawany za cud architektury.

Kościoły artykularne (na Słowacji zachowało się ich pięć) powstały w wyniku porozumienia zawartego pomiędzy panującą katolicką dynastią Habsburgów, a wspólnotą protestancką. W zawartym pod koniec XVII wieku porozumieniu, w dwóch artykułach (stąd nazwa) uregulowano warunki, na jakich cesarz zgadzał się na wznoszenia protestanckich świątyń.

Święty Krzyż - kościół artykularny
Święty Krzyż – kościół artykularny

Uważaj na boczne drogi…

Zwiedzając najbliższe okolice Demanowej i Liptowskiego Mikulasza odkryłem wiele atrakcji, ale też przekonałem się, że na Słowacji lepiej nie wybierać bocznych dróg. Pewnego razu, zmęczony ruchliwością głównych tras, postanowiłem wracać lokalną szosą. Na mapie wyglądała całkiem dobrze. Początkowo w rzeczywistości też, ale z każdym przebytym kilometrem stawała się coraz bardziej podła – wąska, kręta i dziurawa. Wreszcie dotarłem do miejsca, które wydawało się być położone gdzieś na krańcach cywilizacji. Obawiałem się, że trzeba będzie wycofać się aż do głównej szosy, lecz miejscowi wskazali nam drogę, którą codziennie dojeżdżali do Liptowskiego Mikulasza. Zaryzykowałem.

Jeżeli dotychczasową szosę uznawałem za zbyt wąską i zniszczoną, to w porównaniu ze wskazaną drogą, jawiła się niczym elegancka autostrada. Przemierzaliśmy wertepy z których nie było jak zjechać – z jednej strony wartko płynął górski potok, z drugiej leżały powalone pnie drzew. Modliłem się w duchu, aby tylko nie urwać zawieszenia, i aby nikt nie nadjechał z przeciwka. Zdając sobie sprawę z powagi sytuacji, rodzice starali się podnieść mnie na duchu. Każde z nich czyniło to na swój sposób.

– Nie ma co się zamartwiać na zapas, że coś złego może nam się przydarzyć – uspokajał tata – jeżeli pojawi się problem, wtedy pomyślimy nad rozwiązaniem!

A mama? Cóż, jak to mama… zachwycała się widokami za oknem, co chwila wydając radosne okrzyki:

– Jak tu pięknie, jakie fantastyczne widoki! A ten strumień jest wprost przecudowny!

– Och, jakie fascynujące skały widać, tam po prawej! Patrzcie, patrzcie, zupełnie, jak w Tatrach!

– Całe szczęście, że nie ma tutaj tych potwornych tirów!

Gdy wreszcie dotarliśmy bezpiecznie do najbliższej wioski, mama przyznała, że okrzyki zachwytu miały za zadanie oderwać moje myśli od trudów prowadzenia samochodu i skierować je na coś przyjemniejszego.

Narty na Słowacji
Narty na Słowacji

Podsumowanie – czego nauczył mnie wyjazd?

Bardzo dużo nauczył mnie ten wyjazd, było dla mnie wydarzeniem przełomowym. Nie dość, że odzyskałem radość z jeżdżenia na nartach, to dodatkowo zyskałem świadomość, że pech lub okazja, nie są czymś zesłanym przez los, tylko moim wyborem.

Z rodzicami wyjeżdżałem zimą w góry jeszcze przez kilka sezonów. Ojciec ostatni raz przypiął narty, gdy skończył 80 lat. Później nie starczyło mu już sił na takie ekstrawagancje. Nie żałuję poświęconego rodzicom czasu, chociaż każdy wyjazd wiązał się z pewną dozą ryzyka. Teraz tych wspólnych wypraw bardzo mi brakuje…

A jakie były lub są wasze relacje z rodzicami? Zabieracie lub zabieraliście ich na swoje dorosłe wyprawy?

Dodaj komentarz

36 komentarzy do "Czego nauczył mnie wyjazd na narty z rodzicami – Chopok część 2"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Aga
Gość

Cudownie się czyta takie historie. Ja od 24 roku życia jestem kompletnie sama, więc nie bardzo mogę się podzielić. Ale rozczula mnie piękno Twojej historii i Twoi Rodzice to miejsce na osobną kategorię bloga:)))
Pozdrawiam ciepło.

jotka
Gość

Z rodzicami , a jeszcze więcej z ojcem wyjeżdżałam jako dziecko i nastolatka, potem rodzice znaleźli swój azyl na działce i wkręcili sie w działalność społeczną.
Zamek orawski zwiedziliśmy z mężem, najpiękniejszy chyba i najciekawszy z tych, które widziałam.
80 lat na nartach? Podziwiam 😉
Kwatery, a raczej stosunek gospodarzy do turystów potrafią zaskoczyć najbardziej cierpliwego turystę…

Anna
Gość
No to ze mną byś na nartach znów cierpiał… wszyscy moi znajomi twierdzą, że ja musze coś brać, bo jeżdżę jak dzika. Dużo i długo. Wprawdzie z wiekiem jednak mniej i wolniej, i krócej, ale nadal dużo… – skoro w roku bywam na nartach maksymalnie 20 dni, to musze je wykorzystać na maksa, bo tak lubię. Z rodzicami czasem jeździłam, mój tata, mimo słusznego bardzo wieku, jeszcze ze trzy lata temu tez jeździł jak dziki, więc było fajnie, a mama, podobnie jak Twoja podziwiała widoki. Ponieważ zabierałam ich raczej w miejsca ciepłe, na przykład w marcu w Dolomity, to mama… Czytaj więcej »
ariadna
Gość

Zabieramy obie mamy na wakacje. Czy to wielkie przedsięwzięcie, czy wcale nie…? 😉

Pamiętam te drogi na Słowacji. Też wybraliśmy drogę, która na mapie zaznaczona była jako żółta. Nie wspomnę, że stanowiła niezły wjazd pod górkę i była właściwie jakiś traktem z polnych kamieni. W porywach można było osiągnąć prędkość około 20-30 km.

Może jechaliśmy tą samą drogą, bo też byliśmy w okolicach Liptowskiego Mikulasza 😉

Marharetta
Gość
przyznaję, ze nie lubiłam wspólnych wyjazdów z rodzicami. zresztą wspólnych później już nie było. ale od kiedy zmarła moja mama, zbliżyłam się z Tatą. teraz jest moim przyjacielem i często z nim i jego znajomymi, którzy właściwie stali się już i moimi, gdzieś wyjeżdżam i bawię się wtedy świetnie. też nie lubię tłoków w kurortach, ale w Polsce… w sezonie już chyba się nie uświadczy pełnego luzu na stokach, na tych stokach, na których fajnie się jeździ. nigdy nie miałam parcia na to, aby wyjeździć cały karnet, bo zapłaciłam. zawsze jeżdżę tyle na ile mam ochotę i nawet jeśli jest… Czytaj więcej »
linka
Gość

Świetny wpis, bardzo dobrze się czyta.
Samochody, jak samochody, dobrze, że wam żaden zwierz wtedy nie wyskoczył.

Ultra
Gość

Hegemonie,
żyłkę do podróży, uzależnienia od pięknych widoków, podziwianie natury wynosi się z domu rodzinnego. Osiemdziesięciolatek na nartach, nie do uwierzenia. Wspomnienia o Rodzicach są bardzo ciekawe.
Zasyłam serdeczności.

Matka na Szczycie
Gość

My mamy taki problem, że ani ja, ani mąż, w życiu nart na nogach nie mieliśmy (chociaż mieszkamy w największym narciarskim rejonie Polski, a jeden z największych wyciągów mamy 100m od domu 😉 ), a teraz syn chce się uczyć na nartach jeździć i nie wiemy, jak to ugryźć, bo pojęcia nie mamy o tym temacie 😉

Clara
Gość

Magicznych Świąt!

Magda
Gość

Kurcze, aż mi się zachciało wyjechać w góry, chociaż z moimi zdolnościami to darowalabhm sobie te narty, bo raczej nie skończyłoby się to dobrze:D

Królowa Karo
Gość

Nigdy nie zabierałam rodziców na swoje dorosłe wyprawy, ale przyznam Ci szczerze, że ostatnio coraz częściej o tym myślę. Oni w dzieciństwie zarazili mnie odkrywaniem różnych zakątków, więc może tym razem ja się im zrewanżuję.

boja
Gość

Wychodek na którym opierał swój dyszel Wielki Wóz – bezcenny!

consek
Gość

Jak jeszcze byłam panienką, to wyjeżdżałam z rodzicami na różne wycieczki, ale potem niestety wszystko się urwało, bo założyłam swoją rodzinę i jakoś nie było czasu, na wypady z dziadkami… nad czym do dziś boleję.

Renata
Gość
Otoczona wszechobecną troskliwością mamy, która trzymała nas w objęciach z permanentnym zdaniem: „Uważaj, abyś się nie przewróciła”, nie dane mi było spróbować żadnych ze sportów wyczynowo-ekstremalnych. Więc nauka na nartach – jest ciągle na mojej liście celów. A wyjazdy z moimi rodzicami?:) To dopiero byłby wyczyn i scenariusz do napisania książki komediowej. Ojciec rozkochany w podróżach, mama największy domator jakiego znam. Ojciec kochający ryzyko, przygody i nieznane szlaki – mama trzymając się mocno liny, przebiegającej po jednej wytyczonej drodze: dom-kościół-sklep… Próbowałam wielokrotnie, choćby na godzinny wyjazd w okolice.. „Dziecko a daj mi spokój, nigdzie nie jadę. Wolę posiedzieć w domu,… Czytaj więcej »
Agnieszka
Gość

Zgadzam się co do tego, że w Czechach czy na Słowacji są lepsze kwatery. A wcale nie dużo droższe, a czasem właśnie tańsze. Już mówiłam, że chciałabym pojechać w te rejony, które opisujesz. Na narty niekoniecznie, tylko po prostu pochodzić.
A co do jedzenia – na Słowacji zawsze jem smażony ser! Podobnie jak w Czechach 🙂

Nieidealnaanna
Gość

WOW, jestem pod wrażeniem twojego taty! Piękna aktywność i to w takim wieku 🙂 U nas różnie: z mamą uwielbiałam wypady sam, na sam we dwie już jako dorosła kobieta, strasznie mi jej brakuje… z ojcem? Na tyle co się wydarzyło w naszej „Chorej” rodzinie bardzo poprawne. Mam też porównanie z majowego wypadu na Kretę z teściami. Tata jest w porządku, nie zawadza, nie męczy – a teściowa – pozostawia wiele do żuczenia 😛

wpDiscuz