Bajka o ważnym urzędzie…

ZUS nie jest lubiany. Nie znam nikogo, kto by jakieś cieplejsze słowo rzekł o tej instytucji. Zamieszanie wokół OFE też ZUS-owi przyjaciół nie przysporzy. Za wyjątkiem polityków, ale oni zadbali, aby im emeryturę wypłacał kto inny.

Dawno wyrosłem z wiary w bajki, że pieniądze zabierane przez ZUS dadzą mi emeryturę, dlatego patrzę na ten urząd z dystansem. I czasami sobie myślę, że on chciałby aby ktoś go polubił, porozmawiał z nim, albo chociaż wysłał krótki liścik. Kiedyś i ze mną próbował zadzierzgnąć bliższą relację.

emerytura ZUS
emerytura z ZUS

Było to dawno, dawno temu, gdy nowo narodzony polski kapitalizm zdawał się krzepnąć na rynku. Kolega został prezesem średniej wielkości firmy, która chciała go zatrudnić na kontrakt menedżerski. Tylko właściciele nie wiedzieli, jak płacić składki na ubezpieczenie społeczne od takiego kontraktu. Można się było zapytać ZUS, przecież „kto pyta nie błądzi”. W tym wypadku błądzi, bardzo błądzi. ZUS był zwolennikiem sentencji „Dziś pytanie, jutro kontrola!”. Pojutrze też i zapewne przez kolejny tydzień… Podczas takiej kontroli kompleksowo można odpowiedzieć na wszystkie pytania, nawet te nie zadane, ba nawet te nie pomyślane! Oczywiście wszystko w ramach troski o rozwój rodzimego kapitalizmu. Kolega Prezes wolał nie pytać, tylko zwrócić się do mnie z prośbą z gatunku nie do odrzucenia:

         Słuchaj, muszę znaleźć kogoś, kto za mnie złoży zapytanie do ZUS. Ja nie mogę, bo mnie zamiast odpowiedzieć, to się dobiorą do skóry, musi to zrobić ktoś, kto jest w pełni legalnie zatrudniony, najlepiej na etat. Akurat ty jesteś taką osobą.

Miałem złe przeczucia, ale brakowało mi argumentów, aby się nie zgodzić. Dostałem obietnicę, że będzie prosto i łatwo. Te słowa zazwyczaj zwiastują kłopoty, z których ani prosto, ani łatwo się nie wychodzi. Wtedy jednak jeszcze tego nie wiedziałem.

         Nie ma żadnej obawy – uspokajał Kolega Prezes – Urząd musi ci odpowiedzieć. Nic się nie bój, niczym nie ryzykujesz!

Na pożegnanie dostałem kopię pisma do ZUS, abym wiedział o co chodzi oraz piwo na ukojenie nerwów.

Niestety, ZUS zamiast po prostu odpisać, postanowił poznać mnie osobiście, być może w celu zaprzyjaźnienia się. Zadzwonił najpierw do domu. Moja ówczesna Osobista Koleżanka w przypływie szczerości i dobrego serca podała ZUS-owi telefon do pracy i nie powiedziała mi o tym. ZUS w pełni wykorzystał ten niespotykany dowód zaufania i w osobie urzędniczki zadzwonił do mnie znienacka. Minęło już trochę czasu od rozmowy z Kolegą Prezesem i ani w ząb nie pamiętałem treści pisma, które wysłałem. Dodatkowo zostałem zasypany całym gradem fachowych pytań, na które oczywiście nie znałem odpowiedzi.

– W jakiej to spółce zamierza pan pracować, pod jakim numerem została wpisana do rejestru, a jaki kontakt menedżerski ma pan zawarty? – zostałem przygwożdżony fachowymi terminami do podłogi.

– Wie pani, ja jeszcze nie podjąłem decyzji, zastanawiam się, bo chciałbym znać warunki na jakich… to znaczy… no wie pani…

– Ale proszę pana! Tak nie można! Proszę mi szybko powiedzieć jaka to jest spółka, a najlepiej pod jakim numerem…

– Ja mam kilka propozycji i jeszcze nie wiem…, nazwy też dokładnej nie pamiętam…

– A numer, numer pan pamięta?

– Tym bardziej nie pamiętam.

– To niech się pan dowie i do mnie zadzwoni.

Tu dostałem numer telefonu i nazwisko pani. Wszystko skrzętnie zapisałem i schowałem w takim miejscu, abym przypadkiem nie zgubił. Zgubić nie zgubiłem, ale też nie mogłem znaleźć, tak dobrze schowałem. Dni leciały szybko, zniecierpliwiony Kolega Prezes dopytywał się czy ZUS przysłał odpowiedź, a ja nie pamiętałem nawet dokładnie treści rozmowy. W panice przetrząsałem wszelkie możliwe zakamarki i schowki, ale numer telefonu nie chciał się dać znaleźć. Kolega Prezes robił się coraz bardziej nerwowy, gdyż napisał pismo, aby otrzymać odpowiedź, a nie w celu ćwiczenia swoich umiejętności pisarskich. Wreszcie ułożyliśmy kolejny plan – Kolega Prezes miał sam zadzwonić do ZUS,  przedstawić się moim imieniem i nazwiskiem, a potem o wszystko dokładnie wypytać. Genialne i proste, czyż nie?

Jednak nie. Następnego ranka odebrałem paniczny telefon od Kolegi Prezesa.

– Słuchaj, przed chwilą dzwoniłem do tej baby, podaję się za ciebie i pytam dlaczego nie dostałem odpowiedzi, a ona mnie pyta o adres. Ja mówię nazwę ulicy, ale wtedy zdaję sobie sprawę, że chyba mieszkasz gdzie indziej! Udaję, że połączenie zostało przerwane. Słuchaj, gdzie ty mieszkasz?

– Na K.

– O cholera, a ja powiedziałem, że na Z! Co ja teraz mam powiedzieć?!

– Powiedz, że się pomyliłeś, albo przejęzyczyłeś, ja rzeczywiście kiedyś mieszkałem na Z.

– No, dobra, dzwonię do niej.

Rozłączył się, a ja natychmiast o wszystkim zapomniałem. Nie na długo. Za chwilę rozległ się dzwonek telefonu na moim biurku. Podniosłem słuchawkę i … okazało się, że dzwoni do mnie sam ZUS w osobie urzędniczki, która miła już nie była.

         Dzwoni pan do nas z pretensjami, a przecież prosiłam aby pan do mnie oddzwonił, prawda? Na dodatek podaje pan zły adres zamieszkania…

         Przejęzyczyłem się… – udało mi się wtrącić nieśmiało

         …a przecież ja muszę wiedzieć jaka to spółka, bo myśmy podobne zapytanie dostali, tylko, że we Wrocławiu…

         Ale ja tylko hipotetycznie, ja jeszcze nie podjąłem decyzji…

         Ale czy to jest spółka zagraniczna, czy krajowa, bo kontrakty menedżerskie odnoszą się do różnych spółek i są często zawierane na różnych zasadach…

Tu zostałem zasypany gradem terminów, przepisów i wyjątków od przepisów. Nic nie słyszałem, nic nie rozumiałem. Z przerażeniem myślałem tylko o jednym, że tam właśnie dzwoni Kolega Prezes i za chwilę kobieta będzie miała niepowtarzalną okazję prowadzić dyskusję ze mną w dwóch osobach. Na szczęście kolega się nie dodzwonił. Gdy wreszcie na zakończenie usłyszałem, że niedługo dostanę odpowiedź na piśmie, ogarnęło mnie błogie uczucie ulgi. Natychmiast rzuciłem się dzwonić do Kolegi Prezesa, ale teraz on był nieuchwytny. Ledwo odłożyłem słuchawkę, telefon rozdzwonił się jak oszalały i wcale nie chciał przestać. A jak to znowu ZUS i będzie miał pytania? Nie mogłem ryzykować i wyłączyłem telefon. Spokój nie trwał długo, może 5 minut. Za chwilę z sąsiedniego pokoju przybiegł kolega z informacją, że ktoś do mnie dzwoni.

– Ale kto? – zapytałem przerażony

– Nie wiem, nie przedstawił się.

– To powiedz, że mnie nie ma i spytaj się kto dzwoni, i co mi przekazać, dobrze?

– No dobra – niechętnie zgodził się kolega.

Trochę czasu zajęło mu wydobycie od dzwoniącego nazwiska. Na szczęście był to Kolega Prezes, a nie kolega ZUS. Za chwilę oddzwoniłem.

– Słuchaj, ja nie odbierałem telefonu, bo myślałem, że to ta baba z ZUS-u.

I tu mu powtórzyłem rozmowę, z której niewiele pamiętałem, za wyjątkiem atmosfery. On mi się zrewanżował własnym opowiadaniem:

– Wiesz, dzwonię tam, przedstawiam się twoim nazwiskiem, a ta baba krzyczy, „Przecież przed chwilą panu wszystko już wyjaśniłam!” Ja jej na to: „No, tak, rzeczywiście” i odłożyłem słuchawkę.

            Tydzień później przyszedł do mnie list. Trochę trwało zanim przekazałem go Koledze Prezesowi. Było to podczas jednego z licznych spotkań towarzyskich. List wzbudził ogólne zainteresowanie.

         A od kogo dostałeś list?

         Od ZUS-u? Niemożliwe?

         To ty korespondujesz z ZUS-em?

         Od dawna?

         Co mu napisałeś? Opowiedz, opowiedz!

Pytania padały zewsząd. Widziałem zaciekawienie i napięcie na twarzach, mało kto koresponduje z Tak Ważnym Urzędem. Ja jednak odpowiedziałem skromnie:

– Noo, coś w tym stylu: „Kochany ZUS-ie, przepraszam, że dawno nie pisałem, ale byłem chory….”.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o